Trynitarne życie rodzinne

On 5 czerwca 2020, in Rodzina, Trójca, by BJ

Trynitarne życie rodzinne; Douglas Wilson

Indywidualizm jest nie tylko złym pomysłem – jest też autodestrukcyjną filozofią. Zawsze tracimy to, co czynimy obiektem fałszywego kultu. Pijak traci radość picia wina. Człowiek uzależniony od pornografii traci radość współżycia z własną żoną. To samo dotyczy indywidualizmu. Jednym z powodów, dla których brakuje nam indywidualności, jest to, że uczyniliśmy bożka z indywiduum. Im bardziej ubóstwiamy indywidualność, tym bardziej upodabniamy się do siebie nawzajem. Im bardziej akcentujemy miłość bliźniego i potrzebę poświęcenia dla innych, tym bardziej stajemy się podobni do Boga.

Bóg stworzył człowieka jako istotę społeczną. Trójca Święta sama w sobie jest wspólnotą i dlatego Bóg chce, abyśmy żyli w społeczności z innymi osobami. Mocne dziecko jest „produktem” żywej wspólnoty.

Dziecko indywidualnie rozpieszczone można porównać do podrasowanej nawozami i pestycydami rośliny. Jego indywidualność jest owocem nieustających pochlebstw i nie zawsze uzasadnionych komplementów prawionych z tych samych powodów, dla których słyszy je trzy miliony innych opuszczonych i niezrozumiałych duszyczek. Jednak jako szczególne jednostki zostaną zapamiętane te dzieci, które nauczyły się miłości i poświęcenia dla bliźniego.

Biblia naucza tego wielokrotnie i na wiele sposobów. Kto się wywyższa, będzie poniżony. Kto się uniża, będzie wywyższony. Uważamy te zasady za prawdziwe i obowiązujące również w kształceniu dzieci – nie są to tylko religijne frazesy. Dzieci, które nauczyły się od rodziców wyniosłości i próżności – w używaniu czasu, w wyrażaniu opinii, w sposobie ubierania się itd. – same proszą się o upokorzenie. Zaś dzieci, które nauczyły się od rodziców radosnego życia w skomplikowanej sieci międzyludzkich relacji wymagających poświęcenia i pokory, mogą liczyć na błogosławieństwo.

Każde dziecko przychodzi na świat z określoną naturą. Materialiści zbyt wiele przypisują genetyce, choć nie powinniśmy całkowicie odrzucać jej wpływu na charakter dziecka. Dyskusja na temat wpływu genów i środowiska na charakter dziecka zapewne toczyć się będzie jeszcze przez jakiś czas, ponieważ obie strony mają sporo racji. Rodzice wychowujący własne i adoptowane dzieci mogą zaświadczyć, że równe okazywanie im miłości nie zniweluje wszystkich różnic między nimi. Biologia nie równa się przeznaczeniu, lecz nie można jej też ignorować.

Z drugiej strony Pismo Święte uczy, że nie istnieje jednostkowa osobowość w oderwaniu od relacji społecznych. Więzi międzyosobowe stanowią element ostatecznej rzeczywistości, co widzimy w relacjach między Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Ojciec jest Ojcem – istnieje ktoś, z kim Syn może być związany. To samo dotyczy Syna i Ducha. W kategoriach teologicznych mówi się, że nie wszystko jest bytem i nie wszystko jest stawaniem się. Ojciec jest Ojcem i rodzi Syna. Ojciec i Syn są Ojcem i Synem, zaś Duch pochodzi od Ich obu. Ani wieczny status quo, ani wieczna zmiana nie są ostateczną rzeczywistością. W końcu czcimy trójjedynego Boga.

Ta teologiczna prawda znajduje zastosowanie w życiu rodzinnym. Każdy członek rodziny musi szanować pozostałych i wiedzieć, do czego ten szacunek prowadzi. Z tego powodu rodzice nie powinni być obojętni, kiedy widzą, że ich dziecko wyrasta na odludka. Tolerowanie takich skłonności nie współgra z poszanowaniem obrazu Bożego w człowieku. Z drugiej strony rodzice nie mogą traktować dzieci, jakby były tabula rasa i jakby liczyły się tylko relacje, a każde dziecko można było uformować na każdy sposób – nie można trenować trzylatka z myślą o olimpijskim złocie.

Każde dziecko jest tym, kim jest, w relacji do otoczenia. Bez tych relacji jego tożsamość nie istnieje. Bez relacji z ojcem i matką dziecko w ogóle nie istnieje. Bez relacji z bratem i siostrą dziecko istnieje, lecz jest kimś innym. Relacje są bogate w implikacje i jako takie muszą być kultywowane. Jeśli nie są kultywowane, to nie zanikają, lecz się wyradzają i służą innym celom. Ważne więc by były kultywowane po Bożemu.

Rodzice powinni więc przyglądać się potomstwu zgromadzonemu wokół stołu. Kiedy rozmawiamy między sobą, słuchamy innych, prosimy i dziękujemy, podajemy ziemniaki, wtedy stajemy się sobą, a jesteśmy tym, kim stajemy się. Bóg wie, jakim materiałem jesteśmy, lecz On chce też, byśmy stali się kimś więcej, niż byliśmy w dniu narodzin. Stajemy się sobą dzięki innym ludziom. To dotyczy także naszych dzieci.

Jak więc kultywuje się te relacje? W sposób ewangeliczny – przez śmierć i zmartwychwstanie, uniżenie i wywyższenie, utratę i odnajdywanie siebie.

 

Tłumaczył Bogumił Jarmulak.

Tytuł oryginału: Trinitarian Family Life.

Artykuł ukazał się w Credenda Agenda nr 15/2.

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)