Acedia, czyli znużenie serca; Bogumił Jarmulak

Siedem grzechów głównych pierwotnie, przynajmniej we wschodniej wersji, było ośmioma złymi myślami lub demonami. Tak określił je mnich Ewagriusz z Pontu w swoim dziele pod tytułem O praktyce. Zachodnie chrześcijaństwo gdzieś zgubiło po drodze właśnie acedię, czyli ósmy grzech główny. Niektórzy uważają, że pragmatyczny Zachód po prostu uznał, że acedia i lenistwo to jedno i to samo. W rzeczy samej acedia jest pewnego rodzaju rozleniwieniem, choć nie rozleniwieniem ciała, lecz ducha. Można ją nazwać duchową opieszałością. Jan Kasjan przetłumaczył greckie słowo acedia łacińskim terminem taedium cordis, co znaczy „znużenie serca”. Inne nazwy acedii to: udręka serca, osłabienie duszy, pułapka melancholii i zwątpienia, uprzykrzenie, zgryzota lub zgnębienie. Nie są to wszystko synonimy, co wskazuje na pewną trudność, jaką mamy nawet z przetłumaczeniem greckiego słowa acedia.

W greckim tłumaczeniu Starego Testamentu, czyli w Septuagincie, pojawia się ono dwa razy: w Psalmie 119,28, gdzie oznacza zgryzotę (Biblia Tysiąclecia) lub smutek (Biblia Warszawska), oraz w Księdze Izajasza 61,3, gdzie oznacza ducha zgnębienia (BT) lub ducha zwątpienia (BW). Ponadto występuje ono raz w apokryficznej księdze Syracha 29,5, gdzie tłumaczone jest jako niezadowolenie (BT). Jak wynika z Księgi Izajasza 61,3, acedia jest przeciwieństwem radości i pieśni chwały (BT) lub pieśni pochwalnej (BW), a ogólnie rzecz biorąc jest przeciwieństwem tego, co daje nam Bóg przez Jezusa Chrystusa. Wiemy to, ponieważ fragment ten odczytał Jezus w synagodze w Nazarecie, wskazując na swoje przyjście jako wypełnienie obietnicy z Księgi Izajasza 61.

Stan ludu Bożego opisany w Księdze Izajasza 61 jest wielce niepokojący: złamane serca, smutek i żałoba, płacz i lament, złamany duch, a to wszystko pośród zdewastowanych miast i wsi. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z utratą nadziei spowodowaną ogromem nieszczęścia. Sytuacja po prostu nas przerasta i nie widzimy żadnej drogi wyjścia, żadnej możliwości poradzenia sobie z tym, co nas spotkało. To chyba brzmi znajomo, bo i my najczęściej zniechęcamy się i poddajemy, kiedy przerasta nas problem, wobec którego stanęliśmy: złośliwy kierownik, oziębły mąż, egzamin z materiału, który nijak nie chce wejść nam do głowy, ale też te trudniejsze sytuacje, jak kataklizm, który zniszczył cały dobytek albo utrata pracy tudzież bliskiej osoby przez zdradę lub śmierć. W takich sytuacjach zdaje się, że niebo wali się nam na głowę i nic już nie można zrobić, nie ma rady ani pomocy, wszystko stracone. Jest to stan ducha, w którym z powodu przytłaczającej sytuacji po prostu nic już się nam nie chce i w gruncie rzeczy na niczym nam już nie zależy. Przecież i tak cokolwiek bym zrobił, niczego to nie zmieni. Lecz acedia może pojawić się w naszym życiu także w wyniku znużenia codziennością, np. pracą, która w żaden sposób nas nie pobudza ani nie interesuje lub kiedy nie widzimy jej owoców. Taką pracę nie postrzegamy jako spełnienie się w powołaniu, lecz jako znienawidzony kierat.

Z najgorszym przypadkiem acedii mamy do czynienia, gdy dotyka ona dziedziny życia religijnego. Ewagriusz z Pontu w następujący sposób opisywał acedię w życiu mnichów: „Gdy w czasie Eucharystii napada na ciebie duch niedbałości, jakby dowodząc, że śpiew psalmów jest dla duszy ciężki i męczący, i kiedy podsuwa duszy ospałość jako przeciwieństwo, aby przez ledwie zauważalny pośpiech przywiódł na pamięć troskę o ciało, jakby było ono znużone z jakiejś przyczyny”. Zdaniem Ewagriusza z Pontu acedia jest mieszanką frustracji i pożądania: „Kto ulega acedii, nienawidzi tego, co jest, pożąda zaś to, czego nie ma”. Dlatego Gabriel Bunge nazywa acedię „frustracją pożądania” (Wino demonów).

Acedię można by zatem utożsamić z melancholią, z buntem wobec zastanej rzeczywistości i tęsknotą za nieosiągalnym, zapatrzeniem w to, co naszym zdaniem przyniosłoby nam szczęście, ale co – niestety – pozostaje zdecydowanie poza naszymi możliwościami. Melancholia według Kierkegaarda to chęć niechcenia, zaś sentymentalizm to bezczynna tęsknota. „To marzycielstwo jednak miast człowieka uszczęśliwić, jeszcze bardziej oddala go od rzeczywistości i rodzi w nim nieustanne pretensje” (S. Łucarz, Siedem grzechów głównych). Może więc głównym źródłem bólu osoby cierpiącej na acedię jest to wewnętrzne rozdarcie między możliwościami a marzeniami, między tym, gdzie się jest i co się robi, a tym, do czego czujemy się prawdziwie powołani.

Taka postawa oczywiście zniechęca do wywiązywania się z obowiązków, pobudzając w zamian do rozdrażnienia miejscem zamieszkania oraz rozczarowania ludźmi, z którymi przyszło nam żyć i pracować. „Demon acedii, nazywany też demonem południa, jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów. Nachodzi mnicha koło czwartej godziny [dnia] i osacza jego duszę aż do godziny ósmej. Najpierw sprawia, że słońce zdaje się poruszać zbyt wolno lub wręcz nie porusza się wcale, a dzień tak się dłuży, jakby miał pięćdziesiąt godzin. Następnie przymusza mnicha, aby ciągle wyglądał przez okno i wybiegał z celi, by wpatrywać się w słońce, jak daleko jeszcze do godziny dziewiątej; albo by rozglądać się tu i ówdzie, czy któryś z braci nie nadchodzi. Wzbiera w nim wreszcie nienawiść do miejsca [w którym mieszka], do życia i do ręcznej pracy. I [podsuwa myśl], że zanikła miłość wśród braci, a nie ma nikogo, kto by go pocieszył. A jeśli jest ktoś, kto w owych dniach zasmucił mnicha, to tym także posługuje się demon, by zwiększyć jego nienawiść. Przywodzi go do tęsknoty za innymi miejscami, w których łatwiej znaleźć to, co konieczne [do życia], i rzemiosło, które wymaga mniej wysiłku, a przynosi więcej korzyści. I dodaje, że podobanie się Panu nie jest zależne od miejsca [zamieszkania]. Wszędzie bowiem, mówi, można wielbić Boga” (Ewagriusz z Pontu, O praktyce). Innymi słowy, acedia przejawia się w braku wytrwałości w pracy, w modlitwie, w nauce, a także w braku cierpliwości wobec bliskich i współpracowników.

Ciekawe jest to, że acedia często następuje po okresie wielkiego podniecenia, dotyka ludzi, którzy okazywali wielki entuzjazm, śnili o wielkich czynach. Kolejne rozczarowania sprawiają, że stajemy się apatyczni i cyniczni. Dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę nic nie jest warte wysiłku i poświęcenia. Nie jest więc to zwykłe lenistwo, lecz w gruncie rzeczy protest podszyty gniewem. Jednak protest ten nie rodzi żadnej rewolucji, żadnego działania, żadnej próby zaprowadzenia jakiejkolwiek zmiany. Jest czystym protestem i kontestacją podszytymi frustracją. W gruncie rzeczy jest też przejawem zranionej miłości, ale miłości własnej: Moje plany, marzenia, wysiłki spełzły na niczym, ludzie odpłacili mi złem za dobro, niewdzięcznością za poświęcenie, nawet Bóg nie docenił mojej pracy.

Zdaje się, że księgą, która w szczególny sposób porusza ten temat jest List do Hebrajczyków, gdzie znajdujemy słynne słowa: „Nie porzucajcie nadziei waszej, która ma wielką zapłatę” (Hbr 10,35). List do Hebrajczyków, inaczej niż większość listów Nowego Testamentu, nie zajmuje się jakimś określonym grzechem lub grupą grzechów, np. cudzołóstwem, herezją, pożądaniem. Raczej mówi o utracie nadziei, o zniechęceniu, o poddaniu się, o rezygnacji. Nie warto iść naprzód. Tak, kiedyś uznaliśmy, że Chrystus to obiecany Mesjasz, lecz po jakimś czasie okazało się, że sprawy nie są takie proste. Nie chodzi nawet o to, że dotknęły nas jakieś konkretne prześladowania, lecz że jakoś nie widzimy realnych i bezpośrednich korzyści płynących z bycia chrześcijaninem, a z drugiej strony z racji bycia chrześcijaninem dotykają nas od czasu do czasu jakieś może i niewielkie, lecz konkretne przykrości i kłopoty. To zniechęca.

Jaka jest odpowiedź autora listu na zaistniałą sytuację? Wzywa on: Spójrzcie na Chrystusa i Jego chwałę. Choć oczywiście łatwiej to powiedzieć niż uczynić. Sam autor przyznaje, że „jeszcze nie widzimy” panowania Chrystusa obejmującego wszystkie rzeczy i cały wszechświat, widzimy raczej tego, który cierpiał aż do śmierci i otrzymał koronę chwały (Hbr 2,8-9). Później przypomina o bohaterach wiary, którzy wytrwali do końca, zachowali nadzieję, dokonali wielkich rzeczy, choć za życia nigdy nie ujrzeli tego, co Bóg im obiecał. Innymi słowy, całe życie ciężko się trudzili, nie widząc głównego owocu swej pracy. Dlatego autor listu opisuje chwałę Chrystusa i Jego Królestwa, które odziedziczą ci, którzy wytrwają do końca. Problemem ludzi trapionych przez acedię jest przekonanie, że nie ma na świecie takiej rzeczy, za którą warto żyć i umierać, dla której warto wstawać skoro świt, cierpliwie znosić gderanie kierownika, udawać się w uciążliwą podróż, przykładać się do pracy, robić coś, co samo w sobie ani nas nie kręci, ani nie bawi, mimo że prowadzi do czegoś wartościowego i godnego pożądania.

W oparciu o przesłanie Listu do Hebrajczyków możemy powiedzieć, że jednym z lekarstw na acedię są dzieje bohaterów wiary, a zwłaszcza Chrystusa – historie opowiadające o ich ofiarnej wytrwałości i zdobyczach, o wierności i sumienności. To oni są tym obłokiem świadków dopingujących nas w naszym boju wiary. Ich przykład inspiruje nas do podobnej niezłomności. Dzięki pamięci o ich wierze my również wytrwale pobiegniemy w wyznaczonych nam zawodach (Hbr 12,1).

O drugim lekarstwie na acedię czytamy w przytoczonym już fragmencie z Księgi Izajasza 61, w którym prorok zapowiada, że kiedy przyjdzie Chrystus, da nam siłę i radość w miejsce znużonego ducha, czego rezultatem będzie odbudowa zniszczonych domów i miast. Zauważmy jednak ukazaną tu sekwencję: najpierw przychodzi katastrofa, a jej skutkiem jest duch zniechęcenia. Mogliśmy więc oczekiwać, że aby uwolnić nas od ducha zniechęcenia Bóg powinien najpierw odbudować zdewastowaną ziemię, a wtedy znów będziemy silni duchem i pełni nadziei. Tak jednak nie jest. Po pierwsze, Bóg najpierw uwalnia nas od ducha zniechęcenia, a następnie umożliwia odbudowę kraju. Najpierw daje nam pieśni chwały, a następnie wzywa do pracy i służby.

Psalm 137 przyznaje, że kiedy ulegamy zniechęceniu i zwątpieniu, to trudno przychodzi nam śpiewać pieśni pochwalne. Zamiast tego po cichu zwaracamy się do środka, zamykamy w sobie i zaczynamy analizować, co się stało – przyczyny naszej porażki. Im dłużej o tym myślimy, tym bardziej jesteśmy przygnębieni, tym bardziej się zamartwiamy. To nie jest wyjście z naszych problemów. Użalanie się nad sobą nie uleczy ran duszy.

Być może dlatego Paweł w Liście do Efezjan 5,18-20 pisze: „Nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu, dziękując zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Wspólny śpiew Psalmów jest sposobem na napełnienie się Duchem, który jest Duchem „mocy, miłości i samokontroli” (2 Tm 1,7). Pieśń chwały jest niedocenionym źródłem natchnienia, sumienności i wierności.

Kiedy zatem czujemy przytłaczające zniechęcenie; gdy dochodzimy do wniosku, że jedyne, co nam pozostało, to kapitulacja i zwątpienie; kiedy nie chce się nam nawet chcieć; kiedy dochodzimy do wniosku, że dawne czasy były lepsze niż obecne, wiedząc jednocześnie, że raj utracony jest utracony raz na zawsze, wtedy musimy sięgnąć po dwa lekarstwa z Bożej apteki, a mianowicie po pieśń chwały i po historie o bohaterach wiary. W nich odnajdziemy siłę i odwagę, wolę i sens. I to właśnie czynimy każdej niedzieli, kiedy zbieramy się na wspólne zgromadzenie kościoła (Hbr 10,25): śpiewamy hymny Syjonu i opowiadamy o bohaterach wiary. Psalmy uwalniają nas od demona południa, tak jak uwolniły Saula od złego ducha. Historie inspirują nas i przywracają nam poczucie sensu i nadzieję. Tym sposobem Bóg podnosi nas na duchu i pozwala odbudować zniszczony świat.

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)