Geneza podziałów w Kościele

On 23 lutego 2017, in Kościół, by BJ

Geneza podziałów w Kościele; Douglas Wilson

„Skądże spory i skąd walki między wami? Czy nie pochodzą one z namiętności waszych, które toczą bój w członkach waszych? Pożądacie, a nie macie; zabijacie i zazdrościcie, a nie możecie osiągnąć; walczycie i spory prowadzicie. Nie macie, bo nie prosicie. Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności. Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga. Albo czy sądzicie, że na próżno Pismo mówi: Zazdrośnie chce On mieć tylko dla siebie ducha, któremu dał w nas mieszkanie? Owszem, większą jeszcze okazuje łaskę, gdyż mówi: Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje” (Jk 4,1-6).

Jakub opisuje w tych słowach genezę podziałów w Kościele. Kiedy chrześcijanie spotykają się głównie po to, by się różnić i kłócić, to gdzie jest tego źródło? Jakub stwierdza, że walki między chrześcijanami wynikają z walki wewnętrznej – podziały między osobami biorą się z określonego rodzaju pragnień, nie koniecznie przeciwnych. Problemem jest zazdrość i zawiść. Problemem jest to, że jako ludzie prawdziwie chcemy zdobyć i posiadać pewne rzeczy.

Kiedy naszym postępowaniem zaczyna rządzić niezdrowa ambicja, pożądanie i zawiść, wtedy nie możemy zwrócić się w modlitwie do Boga, by zaspokoił te pragnienia, a nawet jeśli zdołamy prosić o nie Boga, to i tak nie spełni On naszych próśb ze względu na ich charakter. Pojawiają się one bowiem w naszym sercu ze względu na przyjaźń ze światem, która równa się wrogości wobec Boga. Jeśli zaś członkowie Kościoła żywią wrogość wobec Boga, to nic dziwnego, że okazują ją również innym ludziom, a zwłaszcza tym, którzy pozostają w bliskiej więzi z Bogiem. Stąd właśnie biorą się konflikty. Nasz duch skłania się ku zawiści, Bóg jednak okazuje nam łaskę.

Nie znaczy to, że okazana przez Boga łaska usuwa wszelkie konflikty – Bóg sprzeciwia się pysznym, lecz okazuje łaskę pokornym. Oznacza to, że do konfliktu dochodzi zazwyczaj między pysznymi a pokornymi, choć czasami obie strony konfliktu cechuje nieuzasadniona duma, czyli pycha. Nigdy jednak nie dochodzi do konfliktu między ludźmi pokornymi, a to ze względu na naturę i źródło konfliktów. Oczywiście, jeśli dochodzi do konfliktu między pysznymi a pokornymi, to obie strony oskarżają się nawzajem o pychę – jedna z nich jest jednak w błędzie.

Uważny czytelnik na pewno dostrzeże w niniejszym artykule wiele zapożyczeń z pism Rene Girarda, a w szczególności z jego niezwykle wartościowej pracy poświęconej mimetycznym pragnieniom, przemocy oraz kozłom ofiarnym. Powinienem zatem rozpocząć od pewnej uwagi, przez którą chcę nie tyle zdystansować się od Girarda, co raczej wskazać na moim zdaniem ważki brak w jego publikacjach na temat konfliktów, przemocy i walki. Girard zauważa, że konflikt powstaje z bliskiego podobieństwa, które sprawia, że dwie grupy pragną tego samego, a to wspólne pragnienie prowadzi do spirali przemocy, którą pogańskie mitologie próbują zamaskować, Biblia zaś ukazuje w całej jej grozie. Myślę jednak, że Girard w niewystarczającym stopniu bierze pod uwagę rolę Boga w konfliktach między ludźmi. Chodzi o to, by nie zapominać, że Abel był prawy (Mt 23,35), zaś Kain nikczemny (1 Jn 3,12). Nie mamy tu do czynienia z przeciwstawieniem dwóch abstrakcji (dobrotliwości i nikczemności), lecz z potomkiem kobiety i potomkiem węża. Antyteza nie dotyczy dwóch cech lub wartości, lecz dwóch braci.

Spójrzmy na inną sytuację: Józef był sprawiedliwy, a jego braci zżerała zawiść (Dz 7,9). Jeśli zaś pytamy, po co Józef opowiadał braciom o swoich snach, to powinno nas to co najmniej zaniepokoić i skłonić to zbadania własnego serca. Może sami pomoglibyśmy im wrzucić go do studni?

Fakt, że Nowy Testament posługuje się obrazem braci na opisanie Kościoła, jest na dobrą sprawę dość dziwny, a nawet szokujący. Choćby z tego powodu, że w Starym Testamencie bracia zazwyczaj walczą ze sobą i to nierzadko na zabój. Kain i Abel, Izaak i Izmael, Jakub i Ezaw, Józef i bracia, Dawid i jego bracia – to tylko przykłady. Salomon mówi, jak winno być między braćmi (Prz 18,24), ale czyni to chyba właśnie ze względu na to, jak wygląda rzeczywistość. Jeśli do tego dodamy trudny charakter relacji między krewnymi – Abraham i Lot, Dawid i Absalom – uzasadnione wydaje się być twierdzenie, że bliskie związki rodzą problemy. Niestety w bardzo realnym sensie tak rzeczywiście jest.

Konflikty w rodzinie – ponieważ mają tak mało sensu – pokazują, jak niewiele sensu jest we wszystkich konfliktach. Za konfliktami stoją bowiem nie powody, lecz pragnienia. Powody stwarzamy później dla usprawiedliwienia konfliktów i stojących za nimi pragnień. Młodszy brat chce być pierworodnym. A kiedy już to pragnienie zrodzi konflikt, wtedy powody rozmnożą się jak żaby w Egipcie.

Jeśli już mówimy o egipskich żabach, warto wspomnieć Mojżesza. Czym był Egipt, do którego powrócił Mojżesz? Był największą potęgą ówczesnego świata u szczytu chwały. A czym był Egipt, kiedy Mojżesz go opuszczał? Dymiącą ruiną. Pola zniszczone, pierworodni zabici, wojsko zatopione, a faraon martwy. Plaga za plagą uderzały w byłą potęgę. Zarówno gospodarka, jak i siły zbrojne nie były w stanie im się oprzeć. Jakby tego nie było dość, Izraelici wymaszerowali z Egiptu pomiędzy dwoma ścianami wody. Zapewne wielu zwykłych Izraelitów mówiło wtedy: „Ten człowiek może nas zaprowadzić, dokądkolwiek zechce”. Lecz założę się, że wśród hebrajskich elit nie brakowało i takich głosów: „To powinienem być ja”, „Też bym tak potrafił”, „Niech tylko wygram w New Hampshire”.

Pomyślmy jednak przez chwilę, co doprowadziło Mojżesza do tej pozycji i dlaczego wszelkie żale pod jego adresem nie miały racji bytu. Znaki, jakich dokonał, świadczyły, że prawdziwie został posłany przez Boga. Dowiódł tego wobec przywódców Izraela, zanim stanął przed faraonem, a potem jeszcze wiele razy, kiedy stawał przed królem Egiptu, by w końcu postawić kropkę nad „i”, gdy przeprowadził Izrael przez morze, które stało się grobem dla armii faraona. Zwróćmy jednak uwagę na to, że właśnie te znaki dokonane przez Mojżesza stały się przyczyną ataków na jego osobę. Innymi słowy sposób, w jaki Bóg uczynił z Mojżesza niekwestionowanego przywódcę w Izraelu, był przyczyną, dla której ludzie grzeszni i zawistni kwestionowali jego władzę.

Wszyscy jesteśmy skłonni do zawiści. Biblia mówi, że piękna i mądra żona jest błogosławieństwem od Pana (Prz 19,14), ale jednocześnie obiektem pożądania zawistnego sąsiada. Im bardziej zaś Bóg błogosławi szczęśliwemu mężowi, tym mniejsze są zahamowania sąsiada – teraz pożąda też jego domu, pracy i samochodu. Pożąda zaś głównie dlatego, że należy to do kogoś innego. Zawiść nie pojawia się wtedy, gdy jeden sąsiad powie drugiemu o kosiarce, którą kupił na wyprzedaży w supermarkecie, bo wie, że on również takiej poszukuje. O zawiści mówimy, kiedy Herod bierze sobie Herodiadę, żonę brata, tylko dlatego, że była żoną brata.

W grzechu nie ma zbyt wiele sensu. Gdyby grzech miał jakiś sens, to nie byłby grzechem. Kiedy więc Bóg ustanawia i umacnia pobożnych przywódców, to należy oczekiwać dwojakiego skutku – harmonii między pokornymi i niepokoju między pysznymi. Skąd bierze się ten konflikt? Z żądzy czyhającej w naszych członkach. Jakub mówi, że gdzie „zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek” (3,16). To są prawdziwe przyczyny zgiełku i niepokoju w Kościele. Czysta i prosta zawiść.

Kto przyjaźni się ze światem, ten myśli jak świat, a chore ambicje i ślepa walka są kwintesencją światowości. Kto jednak w ten sposób naśladuje świat, ten jest w nieprzyjaźni z Bogiem, a przez to też w nieprzyjaźni z przyjaciółmi Boga. Z boku może to wyglądać jak „rywalizacja” między Kainem i Ablem, a jednak Kain pożąda, chce i zabiega, podczas gdy Abel przyjmuje, dziękuje i błogosławi Boga. Między jednym a drugim zachodzi wielka różnica, a ich wzajemnej relacji nie sposób nazwać „rywalizacją”. Dobrą ilustrację jednostronnego współzawodnictwa znajdujemy w klasycznym już filmie Rydwany ognia. Eric Lidell biega dla czystej przyjemności, podczas gdy Harold Abrahams biega z powodów ambicjonalnych. Wracając do archetypicznego przykładu, można powiedzieć, że choć Abel nie rywalizował z Kainem, to jednak tę rywalizację wygrał. To zaś było dla Kaina nie do zniesienia i właśnie dlatego zabił brata.

Pamiętajmy przy tym, że Kain był pierwszym narodzonym na świecie człowiekiem. Jest archetypem wszystkich ludzi, którzy chcą zamieszkać w Mieście Człowieka. Pierwszy człowiek, jaki kiedykolwiek narodził się z niewiasty, okazał się być bratobójcą. Jest w tym przykładem światowości. A dlaczego zabił brata? Ponieważ Abel był prawy, on zaś nikczemny, co znaczyło, że Abel mógł wygrać każdą rywalizację pod warunkiem, że Kain nie będzie oszukiwał. Stąd biorą się wszelkie konflikty – są skutkiem oszustwa i nieuzasadnionych roszczeń. Boży świat funkcjonuje według Bożych zasad – w zgodzie z Jego Słowem – jednak grzeszni i zawistni ludzie toczą nieustanną wojnę przeciwko niezłomnemu prawu Bożego błogosławieństwa.

Bóg błogosławi jednemu, a drugi mówi: „Daj mi to”. Choć być może na głos mówi coś innego: „Nie sądzę, że pastor głosi czystą Ewangelię”, „Czuję, że moje potrzeby nie są zaspokojone”, „Czy słyszałeś, że starsi mieli tajne spotkanie?”, „Żona diakona miała rozpięte dwa guziki w bluzce podczas zborowego pikniku. Naprawdę nie sądzę…”. Jednak na myśli ma jedno: „Daj mi to!”.

Kiedy Jakub mówi, że nasz duch skłania się ku zawiści, to tym samym stwierdza, że zawiść jest wszechobecna. Nie jest rzadkim grzechem popełnianym przez wąskie grono szczególnie złych ludzi. Raczej, jak pycha, jest jednym z grzechów głównych – znajduje drogę do każdego serca. Nie każdy grzesznik jest włamywaczem i nie każdy mężczyzna jest gwałcicielem. Nie wszyscy grzesznicy popełniają wszystkie grzechy. Nie dotyczy to jednak zawiści. Zawiść jest korzeniem innych grzechów, a jej potencjał ujawnia się szczególnie w sferze polityki kościelnej. Dzieje się tak dlatego, że zawiść doskonale ukrywa się pod postacią cnoty drogiej sercu każdego faryzeusza. Zawiść może udawać: umiłowanie ortodoksji, święte oburzenie, troskę o ubogich, dbałość o wysoki poziom śpiewu lub zagraniczną misję. Jakkolwiek by jednak nie było, prędzej czy później zawiść objawi się jako źródło konfliktu – jak mówi Jakub, zawiść rodzi waśnie.

Według Nowego Testamentu Jezus i apostołowie spotykali się z wrogością i atakami z powodu cudzej zawiści. Nawet Piłat wiedział, że Żydzi zwrócili się przeciwko Jezusowi właśnie powodowani zawiścią (Mt 27,18). Nasz Pan nauczał z mocą, a nie jak uczeni w Piśmie. Uczonym w Piśmie nie podobało się to i dlatego rozpowszechniali pogłoski o tym, że Jezus był nieślubnym dzieckiem i nie ukończył odpowiednich szkół. Ludzie jednak woleli słuchać nauk Jezusa niż starej śpiewki uczonych w Piśmie. To tylko pogorszyło sytuację. Im bardziej Bóg potwierdzał służbę Jezusa, tym bardziej popadał On w niełaskę establishmentu. Nikt nie powiedział: „Ups! Pomyliliśmy się. Wskrzeszenie Łazarza zdaje się potwierdzać, że Bóg stoi za działaniami Jezusa. Sanhedryn skłania się do uznania Jego służby bez dalszych zastrzeżeń”. To nieracjonalne postępowanie nie skończyło się nawet po zmartwychwstaniu Jezusa. Kto jako pierwszy dowiedział się, że Jezus powstał z martwych? Strażnicy. A jako drugi? Ci, którzy Go ukrzyżowali. Co zrobili z tą wiedzą? Skorumpowali strażników, by rozpowiadali kłamstwa o tym, co się stało. Zawiść nie ma sensu, ale kieruje się określoną wizją. Jest nieracjonalna, ale wie, jak dopiąć swego. Trzecią grupą, która dowiedziała się, że Jezus znów żyje, były kobiety związane z Jego służbą, zaś czwartą uczniowie. Zawiść nie tylko przeczy oczywistości, ale też sprawia, że oczywiste dowody pobudzają do jeszcze większego gniewu.

Apostołowie spotkali się z tym samym problemem. Dlaczego doświadczyli tak wielkiej opozycji w Dziejach Apostolskich? Ponieważ był z nimi Duch Boży, a przywódcy Izraela wyciągnęli z tego wniosek, że ich pozycja była zagrożona. Stała za tym zawiść (Dz 13,45; 17,5).

Konflikt pojawia się nie z powodu różnic między ludźmi, lecz z powodu podobieństw między nimi. Są blisko siebie. Naśladują siebie nawzajem. Cenią te same wartości. To dlatego najgłębsze konflikty powstają między ludźmi tak podobnymi do siebie, że nikt by ich nie rozróżnił z odległości większej niż trzydzieści metrów. Mówię to też z własnego doświadczenia. Od ponad trzydziestu lat jestem pastorem. Przez te lata nigdy nie znalazłem się w konflikcie z pastorem z innej denominacji. Jednak nie raz pojawiał się konflikt między mną a innym pastorem lub teologiem odwołującym się do tej samej tradycji. Dlaczego? Ponieważ wiele nas łączyło i pragnęliśmy tego samego.

Świecki humanizm próbuje wyjaśnić i wyeliminować konflikty, przypominając nam, jak bardzo jesteśmy podobni do siebie nawzajem. W Katechizmie Humanistycznym znajdujemy następującą odpowiedź na Pytanie 74: „Ponieważ w głębi serca wszyscy jesteśmy tacy sami”. Kryje się za tym przeświadczenie, że źródłem konfliktów jest to, co nas różni. Ale jak wiele walk stoczyłeś z „siódmą wodą po kisielu”? A ile z rodzonym bratem?

Nie znaczy to jednak, że kiedy dochodzi do konfliktu, nie sposób stwierdzić, kto ma rację, a kto błądzi. Wyobraź sobie pokój pełen zabawek. Na podłodze siedzi bobas i bawi się w najlepsze tym, na co akurat ma ochotę. A teraz umieść w tym samym pokoju drugie dziecko. Po którą sięgnie zabawkę? Pamiętaj, że podłoga pokoju jest nimi zapełniona po brzegi. Być może nawet wszystkie zabawki są identyczne. Jednak drugie dziecko sięgnie akurat po tę zabawkę, którą trzyma w ręku pierwsze. Zapragnie jej, bo ktoś inny nią się bawi. Konflikt gotowy. Pewnie jakiś socjolog obserwujący całe to zdarzenie stwierdziłby, co następuje: „To interesujący przykład Girardowskiego mimicznego pożądania wynikającego z nieuchronnego konfliktu między mimetyczną parą. Romulus i Remus, Eteokles i Polinejkes – to wszystko zostało już opisane”. Reakcja matki będzie nieco inna. Będzie musiała rozstrzygnąć między zwaśnionymi stronami. Powie Kainowi, że Abel pierwszy bawił się tą zabawką: „Będziesz mógł bawić się nią dopiero wtedy, gdy Abel ją odłoży”. Chodzi o to, że socjologiczny opis zjawiska nie rozstrzyga o racji jednej ze stron konfliktu. Oczywiście, mądrość nakazuje wziąć pod rozwagę socjologiczne aspekty konfliktu, co jednak nie może prowadzić do wykluczenia strony etycznej. Biada temu, kto zło nazywa dobrem, a dobro złem (Iz 5,20).

Fakt, że w konfliktach opisanych w Biblii Bóg staje po jednej ze stron, jest wielce pocieszający, ponieważ świadczy o tym, że konflikt można i należy postrzegać również w kategoriach etycznych, pamiętając przy tym, że samo posiadanie racji nie może służyć za usprawiedliwienie każdego postępowania. Jako grzeszni ludzie posiadamy zdolność wyjaśniania i usprawiedliwiania każdego zachowania, jeśli służy to naszej sprawie. W końcu Kain był starszym bratem. Podobnie Ezaw i Izmael. Czego nie można było powiedzieć o Józefie ani o Dawidzie. Zatem rozsądzenie o racji jednej ze stron konfliktu bywa trudne, my zaś zbyt chętnie zadowalamy się szybkimi i prostymi rozwiązaniami, naśladując relatywizm liberałów bądź zapiekłość konserwatystów. Od sędziego wymaga się jednak mądrości i rozwagi.

Co zaś można powiedzieć o ludziach powodujących podziały, a szczególnie wszczynających konflikty w Kościele? Pismo Święte stwierdza, że są oni przede wszystkim zawistni, choć sami nigdy nie przedstawiają się w ten sposób: „Witam. Nazywam się Jan Kowalski i jestem pastorem zboru X. Jestem zatwardziałym zawistnikiem i mam nadzieję nieźle namieszać w tym towarzystwie”. Słowa nie powinny nas jednak zwodzić.

Trzy lata temu, kiedy musieliśmy zmierzyć się w naszym zborze z poważnym konfliktem, przypadkiem wpadła mi w oko reklama książki omawiającej problematykę konfliktów. Kiedy wyszukałem ją w Amazonie i zobaczyłem, co jeszcze kupili jej nabywcy, uświadomiłem sobie, jak popularny i poczytny jest to temat oraz jak wiele osób dobrze z niego żyje. Poniższe spostrzeżenia są w znacznej mierze wynikiem lektury kilku z tych publikacji. Nie twierdzę przy tym, że wyczerpują one temat.

Flannery O’Connor powiedziała kiedyś: „Niezależnie od tego, jaką postać przybiera smok, dobre opowiadania zawsze koncentrują się na wydarzeniach z nim związanych”. Konflikty w Kościele są opowiadaniami – nieraz bardzo fascynującymi. To znaczy, że ktoś lub jakaś grupa gra w nich rolę smoka. Co można o powiedzieć o tym smoku?

Cieleśni ludzie lubią walkę, dlatego w knajpach dochodzi do bójek. Jednak w Kościele nie wypada powiedzieć, że lubi się bójki „tak po prostu”. Święte otoczenie niejako wymaga usprawiedliwienia walki i sporów troską o sprawy duchowe. Właśnie z tego powodu dyskusja o nowej wykładzinie do pokoju dla małych dzieci szybko urasta w zborze do ogromnych wymiarów. Gdyby to była sprzeczka o to, zdjęcie jakiej dziewczyny powiesić nad barem, to następnego dnia wszyscy jej uczestnicy byliby na powrót dobrymi kumplami. Jednak w Kościele takie zachowanie jest niedopuszczalne, chyba że stawką jest Ewangelia. Dlatego też prawie każdy konflikt w Kościele przybiera postać walki dobra ze złem, światłości z ciemnością.

Inspiratorzy konfliktu z telegraficzną szybkością informują świat o tym, co właśnie zrobili lub co zamierzają uczynić. W Antagonist in the Church Kenneth Haugk opisuje kilka symptomów zwiastujących kryzys. Jednym z nich jest „przebieg kariery” niespokojnych duchów. Najprawdopodobniej już wcześniej wsławili się udziałem w kościelnych wojnach. Oczywiście, widać to również w sytuacjach pozakościelnych – ciągłe utarczki z przełożonymi w pracy lub sąsiadami czy też stałe pouczanie nauczycieli w szkole, do której chodzą ich dzieci. Być może w zborze nie pokazali jeszcze, na co ich stać, jednak pastor dobrze zrobi, jeśli zwróci na nich uwagę. Tacy ludzie zazwyczaj pozostają w kontakcie z bezimiennymi „innymi” i choć nigdy nie wyjawiają ich imion, to jednak często dzielą się z pastorem troskami „innych”. Ponadto należy uważać na tych, którzy chętnie i szybko krytykują swoich poprzednich pastorów: „Jesteś dokładnie takim pastorem, jakiego potrzebujemy, nie tak jak tamten…”.

Kolejną cechą charakterystyczną wichrzycieli jest to, że często toczą wojnę z tymi, których wcześniej uwielbiali. Kiedy więc zwracają się przeciwko wcześniejszym obiektom swej czci i zachwytu, stają się szczególnie zdradliwi: „Kiedyś byłem wielkim zwolennikiem pastora Kowalskiego. Tym bardziej czuję się zdradzony i zasmucony”. Kiedyś w ich mniemaniu mogłeś chodzić po wodzie, teraz jesteś hitlerowcem. Tak działa pochlebstwo. Strzeżcie się pochlebców: „Czym dla srebra – tygiel, dla złota – piec, tym dla człowieka – pochwała” (Prz 27,21). Oceniaj człowieka po tym, co i jak wychwala. Jeśli jego pochwały pod twoim adresem są szczególnie wylewne, miej się na baczności.

Warto uważać też na ludzi, którzy zadają wciąż te same pytania, choć wielokrotnie udzieliłeś już na nie odpowiedzi, czy też na ludzi, którzy publicznie zadają ci pytanie, na które odpowiedziałeś im już na osobności. Podobnie przyczyną niepokojów mogą być „ptaszyska”, czyli ludzie, którzy nie potrafią dłużej zagrzać miejsca w jednym zborze – zawsze nieusatysfakcjonowani i przed nikim nie odpowiedzialni. Strzeż się też kłamców. Kiedy ktoś kłamie (umyślnie, a nie przez pomyłkę) w kontekście konfliktu w zborze, jest to owocem wypaczonego sumienia. Kiedy ktoś przyjmuje strategię, zgodnie z którą cel uświęca środki, oznacza to jedno – kłopoty. Ta uwaga wiąże się z wcześniejszą o walce dobra ze złem – jeśli konflikt urasta do takich wymiarów i w ten sposób jest postrzegany, wtedy łatwiej przychodzi usprawiedliwianie kłamstwa.

Ludzie, którzy nagle i szybko darują wielkie sumy na Kościół, nie czynią zadość Słowu Bożemu, lecz prawdopodobnie szukają poklasku i wpływów. Unikaj też tych, którzy robią notatki w dziwnych sytuacjach. Antagoniści lubią gromadzić pękate skoroszyty notatek i fiszek. Haugk nazywa to „syndromem portfolio”. Kiedy ktoś stawia niebiblijne zarzuty, nie uczyniwszy wcześniej tego, czego wymaga Pismo Święte, często zastępuje jakość ilością. Nieważne, czy wszystko „trzyma się kupy”, najważniejsza jest ilość zgromadzonych materiałów. I rzeczywiście na wielu robi to wrażenie.

Wichrzyciele często występują jako indywidualiści, którzy nie zgadzają się na zachowanie ustalonych wcześniej procedur i zasad. Wolą „kreatywne” podejście do sprawy. Kiedy już dojdzie do konfliktu, domagają się „indywidualnego” traktowania i wyłączenia spod „sztywnych” procedur.

Spotykamy też tych, których Eric Hoffer nazwał „prawdziwie wierzącymi”. Taki człowiek odczuwa pustkę, jeśli nie toczy jakiejś walki. Cechuje go wielka gorliwość, lecz w ostatecznym rozrachunku jego tożsamość określona jest przez jego adwersarzy – nie potrafi żyć bez choćby jednego wroga. Ubierz go w mundur, powiedz dokąd maszerować i do kogo strzelać, a uczynisz go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

To prowadzi do kolejnego spostrzeżenia, że polityka zbliża do siebie dziwnych ludzi – także polityka kościelna. Konflikt sprzyja powstawaniu dziwnych aliansów i przyjaźni. Widziałem człowieka, który rozgoryczony porzucił zbór z powodu czegoś, co ktoś kiedyś powiedział, lecz oto kiedy ten ktoś sam opuścił zbór, wtedy obaj ci ludzie bardzo się do siebie zbliżyli. Zwykłem to nazywać Drużyną Goryczy. Ludzie, którzy z różnych (czasami przeciwstawnych) powodów odeszli z Kościoła, szukają nawzajem swego towarzystwa, by wspólnie przeżywać gorycz i rozczarowanie. Tak powstaje przedziwna i przewrotna wspólnota – w biedzie nie ma Żyda ani Greka, niewolnika ani wolnego, mężczyzny ani kobiety.

Antagonistom brakuje poznania biblijnych zasad sprawiedliwości. Jakby nie wiedzieli, że spekulacje to nie fakty; że oskarżenia muszą znaleźć potwierdzenie; że oskarżyciele muszą być poddani testowi prawdomówności podobnie jak oskarżeni; że anonimowe oskarżenia są bezwartościowe itd. Kiedy zaś zwraca im się uwagę na to, że ich metody podpadają pod biblijną kategorię niesprawiedliwości, wtedy są pewni, że to tylko puste słowa cynicznego wroga: „Oczywiście, że chcesz dowodów. Któryż przestępca się ich nie domaga?”.

Jak jednak reagować na to wszystko? Myślę, że pastorzy i przywódcy winni pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze, muszą poznać w zgodzie z biblijnymi kryteriami genezę konfliktu oraz taktykę zwaśnionych stron. Kiedy wiemy, do czego wbrew nauczaniu Biblii dąży wichrzyciel, musimy się temu sprzeciwić i tym samym rzucić wyzwanie grzechowi. Wymaga to nauczania na temat zawiści i biblijnych zasad sprawiedliwości oraz unikania sideł zastawionych przez manipulatorów i pochlebców. Po drugie, kiedy w stadzie pojawia się wilk, zadaniem pasterza jest rzucić mu wyzwanie.

Jednak walka z wichrzycielami nie może być cielesna. Nie można odpłacać pięknym za nadobne. W nauce pobożnych metod walki szczególnie pomocne są Psalmy. Autorzy większości pieśni kościelnych albo nie mieli wrogów, albo o nich nie śpiewali. Wyjątkiem jest Warownym grodem Marcina Lutra. Współczesne pieśni kościelne cierpią na niedobór adwersarzy. Inaczej jest z Psalmami, w których nie brakuje opisów wrogów oraz sposobów odnoszenia się do nich.

Przekleństwa pojawiające się w Psalmach nie są biblijnym odpowiednikiem rzucania uroku lub laleczki Voodoo. Są modlitwą do nieskończonego i osobowego Boga, który jest wszechwidzący i wszechwiedzący – On zna nawet skryte myśli i motywacje ludzkiego serca. Również mojego. W szczerej modlitwie wszystko powierzamy Bogu. Możemy w niej prosić Go o siedmiokrotną odpłatę dla wrogów (Ps 79,12). Ale jak to pogodzić z siedemdziesięciokrotnym przebaczaniem (Mt 18,21-22)?

Jeśli Bóg nawiedzi naszych wrogów i przekona ich o grzechu, to uwolni nas od nich, przemieniając ich w naszych przyjaciół. Jeśli zaś łaska Boga nas gorszy, jak zgorszyła Jonasza, to mamy problem (Jon 4,9) i nie wiemy, jakiego ducha jesteśmy (Łk 9,55). Jeśli jednak radujemy się z powodu takich zwycięstw Ewangelii, to dorośliśmy do tego, by powiedzieć „Amen” również w innej sytuacji – kiedy Bóg uwolni nas od nieprzyjaciół, pozwalając, by wpadli w dół, który pod nami wykopali (Koh 10,8). Kiedy Haman zawisł na szubienicy, którą przygotował dla Mardocheusza, Estera nie rozpaczała z tego powodu. Jeśli by jednak Bóg postanowił przywieźć Hamana do prawdziwej pokuty, to każdy przyjaciel Boga nie posiadałby się z radości.

Modlimy się więc, by Bóg powstał i rozproszył swoich wrogów. By ich pokonał i poniżył. A modląc się tak, winniśmy mieć przede wszystkim nadzieję, że Bóg uczyni z nimi to, co uczynił z jednym ze swoich głównych adwersarzy, a mianowicie z Saulem z Tarsu. W pierwszej kolejności modlimy się o ich nawrócenie, czego także nauczyliśmy się z Psalmów: „Okryj hańbą ich oblicze, aby szukali imienia Twego, Panie!” (Ps 83,17). Jeśli jednak Bóg w swej suwerenności postanowił inaczej, to wciąż mamy modlić się, by zgodnie ze swą wolą i obietnicą uwolnił nas od wrogów. Pamiętajmy, że takiej modlitwy nauczyliśmy się z Biblii.

Wiem, że to, co napisałem, może zostać przekornie i wrogo odebrane w naszych naznaczonych sentymentalizmem czasach. Tak bywało już w przeszłości. Mogę tylko zacytować słowa pewnego purytanina, który też musiał stawić czoła adwersarzom: „Jest wielce prawdopodobne, że znajdą się ludzie w gorącej wodzie kąpani, którzy słowa tej książki tak zniekształcą i przeinaczą, by znaczyły coś dokładnie przeciwnego niż to, co miałem na myśli. Nie musi to nawet wynikać z uświadomionego i zamierzonego działania, lecz z zawirowań w ich własnej duszy. To, co proste i jednoznaczne, stanie się w ich oczach pokrętne i zakłamane”.

Na szczęście Bóg jest Bogiem przymierza, co znaczy, że pamięta o wszystkich czynach i wydarzeniach: o każdej szklance wody podanej w Jego imieniu, o każdych odwiedzinach w więzieniu, o każdym bólu spowodowanym fałszywym oskarżeniem, o każdym bezużytecznym słowie, o każdym dobrym geście wobec dziecka, o każdym przebaczeniu wychodzącym poza siedemdziesiąty siódmy raz, o każdym słusznie wypowiedzianym słowie napomnienia. Kiedy Nehemiasz skończył gromić, złorzeczyć, bić i targać za włosy niektórych przedstawicieli izraelskiej arystokracji za odstępstwo, którego się dopuścili, wtedy zwrócił się do Boga ze słowami: „Pamiętaj, Boże mój, o tym na moją korzyść!” (Ne 13,31). Niech pamięć o tych wydarzeniach uwolni nas od sentymentalnej wiktoriańskiej pobożności.

Ponieważ Bóg o wszystkim pamięta, to znaczy, że wszystko ocenia. Nie mówi, że pomsta jest zła, ale: „Pomsta do mnie należy”. Właśnie dlatego mamy wszystko powierzyć Jemu, wiedząc, że Sędzia świata uczyni to, co dobre i słuszne. „Uczyń dla mnie znak – zapowiedź pomyślności, ażeby ci, którzy mnie nienawidzą, ujrzeli ze wstydem, żeś Ty, Panie, mi pomógł i pocieszył mnie” (Ps 86,17).

Tłum. Bogumił Jarmulak

Źródło: The Genesis of Church Splits

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)