Rozpieszczeni przez Trójcę

On 26 maja 2018, in Trójca, by BJ

Rozpieszczeni przez Trójcę; Douglas Jones

Twierdzi się, że żyrafy nigdy nie były zagrożonym gatunkiem, gdyż ludzie się ich boją. Nie chodzi o to, że ludzie boją się ataku z ich strony, jak w przypadku lwów czy aligatorów, lecz niepokoi nas ich zupełna odmienność, jakbyś spotkali się z drzewem poruszającym się powoli, cicho, wzniośle, obco, komicznie. Żyrafy pojawiające się na ekranach telewizorów czy te, które obserwujemy w zoo, zdają się być efektami specjalnymi wytworzonymi dla potrzeb mediów. Lecz kiedy jako mały chłopiec widziałem żyrafy na wolności, stojąc na równinie południowej Afryki owiewany gorącym powietrzem falującym po sam horyzont, bez ogrodzeń i przewodników, wtedy zatraciłem wewnętrzną równowagę. Zdawało mi się, że byłem na innej planecie bez możliwości zrobienia kolejnego kroku. Te dwumetrowe szyje zwężające się u góry. Tułów jakby pokryty białą siatką. Oczy wyniesione wysoko nad ziemię. Śmieszne kolana. Głowy z czułkami. W dodatku każda potrafiła szlachetnie wytrzeszczać oczy. Jakoś mnie to uderzyło, z czego niezbyt zdawałem sobie wtedy sprawę. Pokrycie terenu sugerowało, że one tam należały, a ja nie. Okazało się, że żyję w zupełnie innym świecie. No bo co może być domem dla tych wspaniałych i czarujących potworków?

Sekularyzm stał się naraz szary i nudny. Normy przezeń określane muszą stłumić tego typu doświadczenia. Nowoczesna kultura – gniewna i nadęta – stara się za wszelką cenę przekonać samą siebie do sekularyzmu, ale nic nie może poradzić na to, że jesteśmy przesiąknięci Trójcą. Nawet sekularyści to skryci trynitarianie, gdyż żyją zgodnie z taktem muzyki starożytnego wyznania wiary: „Inna jest Osoba Ojca, inna Syna, inna Ducha Świętego, lecz Ojca i Syna, i Ducha Świętego jedno jest Bóstwo, równa chwała, współwieczny majestat”.

Lecz czym jest Trójca? Próba jej opisania jest jak zbyt bliskie podejście do wodospadu Niagara – fascynujące, lecz niebezpieczne; czyste, lecz jakże głębokie; wykraczające poza życie i śmierć. Kościół chrześcijański przez tysiąclecia uznawał objawienie Trójcy za Wodospad Życia, Życie ozdobione Pięknem, Dzikość, Lojalność, Szlachetność, Dar oraz Miłość. Chrześcijański Bóg to nie jakiś zbiór abstrakcyjnych idei albo bezosobowa siła lub też sentymentalny starzec nieudolnie próbujący rozprawić się z wszelakim cierpieniem. Trójca to ktoś, do kogo instynktownie chcielibyśmy należeć – intrygujący, wspaniały, wesoły, zatrważający Bóg, który potrafi upoić swoją istotą.

Trójca to imię, którego chrześcijański Bóg używa w historii. Imię Boga to Ojciec, Syn i Duch Święty – trzy szczególne osoby. Ojciec, Syn i Duch Święty są źródłem osobowości i zindywidualizowania; jedności, lecz również wspólnoty. Rzeczywistość to w ostateczności nie tylko materia czy moc, lecz również związek osób – tajemnicza jedność oddanych sobie nawzajem przyjaciół czy też członków rodziny.

Ojciec, Syn i Duch Święty objawiają się w Biblii jako zupełnie wolni i równi, choć lojalnie służący sobie nawzajem w celu osiągnięcia wspólnego celu – ofiarowania swego życia drugiemu oraz obdarowywania tym wspólnym życiem stworzenia, a w szczególności człowieka. Choć są jednym, to Ojciec, Syn i Duch Święty obecni są w historii na różne sposoby. Czasami są to głębia, wcielenie i zamieszkiwanie, a kiedy indziej Źródło, Słowo i Pocieszyciel. Mając na uwadze włączenie ludzi w bogactwo i dynamikę trynitarnego życia, Trójca stworzyła świat, a przez wzgląd na ludzki bunt u początków historii Ojciec posłał Syna, aby wyrwał nas ze śmierci spowodowanej tym buntem i obdarował życiem, które Duch Święty ozdabia i ubarwia.

Kościołowi chrześcijańskiemu nie zależy zatem na utrzymaniu za wszelką cenę jakiegoś prostego monoteizmu, jak to ma miejsce w islamie, judaizmie czy w amerykańskim sloganie: „Jeden naród pod jednym Bogiem”. Lecz chrześcijanie nie są też politeistami ani trój-teistami. Bóg jest Jeden i Trzech – ten sam, a jednak zróżnicowany. Jeden z wczesnych ojców Kościoła, Grzegorz z Nazjanzu, wypowiedział słynne zdanie: „Nie zdołam wpierw pomyśleć jedności, bym nie był oświetlony przez wszystkie trzy Osoby; nie zdołam rozdzielić trzech Osób, bym nie przeniósł się myślą do jedności”. To największa tajemnica – tajemnica życiodajna. Gani wszelką pychę ludzkiego umysłu i pozbawionego wyobraźni Rozumu. C.S. Lewis zauważył, że „gdyby chrześcijaństwo było czymś, co sobie wymyśliliśmy, oczywiście moglibyśmy uczynić je łatwiejszym. Lecz tak nie jest. Jeżeli chodzi o prostotę, nie możemy konkurować z ludźmi, którzy wymyślają religie”.

Trójjedyny Bóg jest tajemniczy – to połączona Jedność trzech Osób obdarowujących siebie nawzajem pełnią życia i żyjących pełnym życiem. To Bóg, którego poczucie humoru zapiera dech w piersiach, bo przecież stworzył choćby takie żyrafy, a nawet strusie, słonie, lwy, żuki, meduzy, konie i orły.

Jeśli Kartezjusz kiedykolwiek stanąłby pod żyrafą, to nie byłoby Oświecenia. Żyrafa jest tak prawdziwa, iż sprawia, że człowiek zaczyna wątpić w samego siebie. Lecz pierwsza żyrafa pojawiła się w Europie dopiero dwa stulecia po Kartezjuszu. Jeśli spotkałby żyrafę, to nigdy nie zwątpiłby w swój słynny wosk – wosk, który się stał symbolem tego, co sekularyzm czy nowoczesność robią z rzeczywistością. Kartezjusz opisuje wosk jako „świeżo został otrzymany z plastra i jeszcze nie stracił całkiem smaku miodu, ma w sobie jeszcze trochę zapachu kwiatów, z których został zebrany; jego barwa, kształt, wielkość są widoczne: jest twardy, zimny, można go łatwo dotknąć i gdy stuknąć weń palcem, wydaje dźwięk”.

Ale potem nagle zmienia obraz. Wyobraża sobie, że wosk jest pozbawiany swych cech przez wzgląd na „trudności” związane z zachodzącymi zmianami: „Ale oto, w czasie, gdy to mówię, przybliża się wosk do ognia, traci resztki smaku, zapach ulatuje, barwa się zmienia, kształt znika, wzrasta wielkość, wosk staje się płynny, gorący, ledwo go dotknąć można i jeśli weń stukać, już nie wydaje dźwięku. (…) Tymczasem, gdy odróżniam wosk od jego zewnętrznych form i jakby nagi po zdarciu zeń szat rozważam (…) usunąwszy to wszystko, co do wosku nie należy, przyjrzyjmy się, co pozostaje; otóż nic innego jak tylko coś rozciągłego, giętkiego i zmiennego”.

Innymi słowy, aby dopasować się do granic swego rozumu, Kartezjusz pozbawia wosk jego słodyczy, aromatu, koloru, ciepła, czyli tego, co ciekawe, aby w rezultacie nagi wosk był jeszcze bardziej amorficzny, mniej realny. Ostatecznie odrzuca wszystko to, co w wosku może się zmienić – wszystkie związki pomiędzy zmiennymi, ponieważ nie jest w stanie „przebiec w wyobraźni niezliczonej ilości [takich zmian]”. To, czego jego skończone wyobrażenie nie może pojąć, nie może być rzeczywiste. Taką cenę musiało zapłacić Oświecenie – cenę, która uczyniła ludzki Rozum ostatecznym punktem odniesienia: czego nie da się łatwo zaklasyfikować, to trafia na śmietnik. Może lepiej, że nie widział żyrafy – cóż za szpetny widok.

Władza i konformizm

Wielu ludzi obrało kartezjańską drogę do nagiego wosku w swoich sekularnych poszukiwaniach intelektualnych – moderniści i postmoderniści; na Wschodzie i na Zachodzie. Żeby sprostać wymogom skończonego umysłu, rzeczy muszą zostać radykalnie uproszczone. Naga jedność jest łatwa do pochwycenia. Wielu sekularystów zmaga się z kwestiami czasu, zmiany albo złożonych związków i naraz słyszymy, że wszystko musi być proste, jasne i jednolite. Potem dochodzą do stwierdzeń, że jądro rzeczywistości jest proste i jednorodne – jednostka, dusza, rozum, materia, zbiorowość, a także bóg są proste i jednolite na swój sposób. Historia ludzkiej myśli często odnotowywała taką monotonność. Koniec końców według Kartezjusza i innych sekularystów, aby móc istnieć, trzeba wyizolować się z otoczenia – liczy się tylko Armia Jedności, wszystko inne roztapia się i znika.

Armia jest tu dobrym słowem, ponieważ umiłowanie prostoty i jednorodności w naturalny sposób łączy się z umiłowaniem władzy. Jeśli liczy się tylko prostota i jednolitość, to wówczas musimy nagiąć wszystko inne do tej jednolitości, a to wymaga użycia siły i przymusu – czy to za sprawą gilotyny postępu i równości, czy też za sprawą sił zbrojnych narodowego socjalizmu. Lewica może się różnić sposobem działania od prawicy, lecz obie strony dają się uwieść iluzji jednolitości osiąganej na drodze przemocy.

Władza staje się tu wartością nadrzędną, ponieważ ze względu na umiłowanie jednolitości sekularyzm nie potrafi odnosić się do czegokolwiek na różne sposoby. Jeśli coś takiego jak Jaźń, Rozum czy też jakiś unitariański, Jeffersonowski bóg jest nadrzędną jednością, to jego relacje do wszystkich innych rzeczy zachodzą na płaszczyźnie władzy i podporządkowania, czyli relacji pana i sługi, nadrzędnego i podrzędnego. Wielu sekularystów, na przykład, mogłoby w jakiś sposób odwoływać się do Jeffersonowskiego boga – wielkiej aspołecznej istoty, która nie ma sobie podobnych. Wszystko inne – czy to materialne, czy duchowe – byłoby w jakiś sposób podrzędne względem tej jednej, najwyższej istoty. Natomiast relacja tej istoty do wszystkiego innego – włączając w to ludzi – jest relacją nadrzędności i dominacji. Istota ta może udawać, że jest dobra i współczująca, lecz jej podstawowe relacje opierają się na władzy i dominacji. Nie może się ona odnosić do innych rzeczy w sposób złożony, gdyż jest z definicji jednolita i prosta i jako taka nie jest wspólnotą równych sobie osób. Nigdy nie dozna życia we wspólnocie z istotami równymi sobie.

Gdy sekularysta obiera sobie Rozum za boga, wtedy zaczyna funkcjonować w oparciu o egzekucję władzy. Nadrzędny standard prostoty domaga się, aby wszystko stało się proste albo zostało okrzyknięte mianem głupstwa – czegoś nierozumnego, jakiejś bezmyślnej paplaniny. Sekularyzm nieustannie podkreśla banalną jednolitość. Dlatego Rozum – zupełnie jak unitariański bóg – odnosi się do ludzi jedynie w oparciu o dominującą władzę, a co więcej w sposób bezosobowy, niczym wielki sędzia, którego oblicze zasłania kaptur i który wskazuje na konieczność, implikacje, rozporządzenie, redukcję, odparcie zarzutów i zaprzeczenie. To nie język, jakim posługuje się wspólnota przyjaciół czy kochanków – to język militarny.

Nawet brutalnie naturalistyczny wszechświat, w którym nie istnieje nadprzyrodzony republikański bóg albo Rozum, albo Jaźń, jest wydany na pastwę prostoty, jednolitości i przemocy. W świecie Darwina czy Jacka Londona, na przykład, życie polega na dominacji, na sprawowaniu władzy; liczy się skuteczność. Mocne gatunki żerują na słabych, niektóre zupełnie wymierają, a cały proces zmierza do przytłaczającego ujednolicenia. Największa głębia to brutalna siła.

Nawet po dziesięcioleciach nieustannego wtłaczania nam sekularyzmu przez media i oświatę ciągle dziwię się na myśl o niezdarności modernistycznych i sekularystycznych wizji świata. Są takie wymyślne, tak nienaturalne. To jakby chcieć pomalować na turkusowo wszystkie opadłe liście czy też twierdzić, że kocha się operę, ale tylko gdy rozbrzmiewa dolne C; Dostojewski też jest wspaniały – mistrz dzielenia wyrazów; a jeśli chodzi o tęczę, to najlepiej, gdyby była kwadratowa.

Chociaż Italo Calvino nie był trynitarzem, to niechcący wyraził coś z trynitaryzmu w swoim opowiadaniu pt. Bez kolorów, w którym opisuje pojawienie się kolorów na świecie. Zanim atmosfera rozpostarła się nad ziemią i przefiltrowała mocne światło słoneczne, ziemia była spowita w odcieniach szarości, podobnie jak księżyc. Główny bohater wyjaśnia: „Było to nieco monotonne – przyznał Qfwfq – ale uspokajające. W swoich dalekich i szybkich wędrówkach – tam, gdzie nie ma oporu powietrza, mknie się szybko – widziałem dokoła siebie tylko szarość i szarość. Żadnych wyraźnych kontrastów; biel prawdziwie biała, jeżeli istniała, to chyba w środku Słońca. (…) Brak kolorów był jednym z mniej ważnych problemów. Gdybyśmy nawet wiedzieli o ich istnieniu, uznalibyśmy je za niepotrzebny luksus. Jedyną niedogodność stanowił wysiłek wzroku, kiedy się kogoś lub czegoś szukało, bo skoro wszystko było jednakowo bezbarwne, żaden kształt nie odróżniał się wyraźnie od tego, co było za nim i dokoła niego”.

Bezlitosna szarość to namiastka tego, jak mógłby wyglądać świat bez Trójcy. Czy w ogóle można wyobrazić sobie świat pozbawiony kolorów? Nawet Calvino dopuścił nikłe stopniowanie odcieni szarości. Czy stać nas na więcej? Czy chcemy „udawać Kartezjusza” i brnąć dalej, niż on sam by się odważył, w odzieraniu rzeczywistości z wszystkiego, co ciekawe, aby na końcu znaleźć małe, ciemne, sekularne jądro rzeczywistości? Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić świat stworzony według zasad sekularyzmu?

Zabawa

Język żyrafy jest długi na pół metra i ciemnoniebieski. Kiedy żyrafa się cieli, małe żyrafiątko spada na ziemię z wysokości prawie dwóch metrów – ciekawy początek życia. Pierwszy głęboki oddech. Po godzinie już chodzi. Nowonarodzone i trochę starsze żyrafy mają mały garb u podstawy szyi, a gdy do tego dodamy cętkowane i posiatkowane umaszczenie, to trudno je zaklasyfikować. Ich postać mogłaby z pozoru przypominać wielbłąda, lecz cętki wskazują na podobieństwo do lamparta. Dlatego naukowa klasyfikacja umieściła je pod szyldem giraffa camelopardalis, czyli coś, czego do końca nie można rozeznać, coś niepoukładanego, po prostu zabawnego.

Jednak nie sposób zaklasyfikować czegokolwiek w kategoriach zabawy bez włączenia w to Trójcy. Sekularyzm musi z założenia odrzucić wszelką zabawę. Sekularystyczna prostota jest zbyt ascetyczna, aby w ludzkim doświadczeniu pozostawić miejsce dla zabawy. Zabawa wymaga pewnej dozy przymrużenia oka, któremu towarzyszą swoboda, porządek, przyjemność i przygoda.

Prawdziwa zabawa wymaga prawdziwej odmienności – partnera, na którego można naprzeć, szamotać się z nim, a jednak darzyć szacunkiem. Nawet jednoosobowa gra zakłada istnienie tych zależności. Lecz najczęściej, gdy myślimy o sportach, grach planszowych, zabawach czy też przedstawieniach scenicznych, chodzi nam o społeczny lub zbiorowy aspekt zabawy. Gra w szachy lub koszykówkę z samym sobą niezbyt bawi. Z kolei gra przeciwko komuś o wiele słabszemu może posłużyć celom dydaktycznym, lecz nie stwarza atmosfery przygody i wolności towarzyszącym prawdziwej grze. Ktoś lepszy musi się wciąż powstrzymywać. Prawdziwa gra kocha wyzwanie, jakie jest możliwe w przypadku osób współmiernych i darzących się wzajemnym szacunkiem, czy to ze względu na fizyczne zdolności, czy też gibkość umysłu. Tak jak wtedy, gdy Beatryks żartuje sobie z Benedyka w Wiele hałasu o nic: „W ostatnim spotkaniu okulały cztery z pięciu jego dowcipów; został jeden na zarząd całego człowieka, a jeśli z tym potrafi ciepło się chować, niechże go strzeże jako jedyną różnicę między nim a jego koniem”.

Zabawa też pasuje do trójjedynego Boga. Trójca to nie tylko tajemnicza jedność, lecz również komunikacja pomiędzy równymi sobie, a jednak odmiennymi osobami. Nie ma miejsca na jednoosobowe szachy. Lewis Smedes tak spuentował stare gdybanie o tym, co Bóg – Ojciec, Syn i Duch Święty – robił przed stworzeniem: „Wszyscy trzej dobrze się bawili. Trzy osoby z mnóstwem wolnego czasu, bez goniących terminów, bez nadrzędnych praw, którym trzeba się podporządkować, bez zagrożenia bytu i bez stworzeń, o które musieliby się martwić. Jeśli w jakiś nadzwyczajny sposób bylibyśmy w stanie przyjrzeć się temu z bliska, to pewnie zganilibyśmy Trójcę za marnowanie czasu. Jednak wciąż pozostawalibyśmy kimś z zewnątrz, bez możliwości zrozumienia cechującej Trójcę swobody, którą może Ona w dowolny sposób wykorzystać. I pewnie zdziwilibyśmy się, widząc ogromną przyjemność, jaką boskie osoby czerpią z tego, co robią. Raczej nie doszukamy się błędu w stwierdzeniu, że relacje wewnątrz Trójcy można porównać do bawiących się dzieci”.

W świecie Trójcy do najważniejszych aspektów rzeczywistości należy wspólnota i zabawa. Lecz gdy ostateczna rzeczywistość to kartezjańska Jaźń lub niewzruszony Rozum albo też jakiś wschodni bóg tudzież jałowy bóg Jeffersona, wtedy zabawa staje się wręcz nienaturalna, obca wszelkiemu doświadczeniu. Bóg unitarian nie ma sobie równych, zaś Wchód nie mówi o rzeczywistych różnicach i dlatego poszczególne jednostki nie wiedzą, co mają ze sobą wspólnego. Pogląd materialistyczny nie byłby w stanie zainicjować żadnej gry ani zabawy. Świat, w którym liczy się tylko siła i jednorodność, nie ma nic do zaoferowania w kwestii zabawy, gdyż liczy się dlań tylko jednostronna dominacja – szachy w pojedynkę.

Lecz na tym nie koniec. Sekularyzm nie tylko pozbawiony jest wszelkich podstaw dla gry i zabawy, lecz nie może też zagwarantować żadnego rezultatu. W świecie Trójcy Bóg sam tajemniczo, swobodnie, lecz skutecznie kontroluje cały przebieg historii, aż po jej kres. Trójca jest gwarancją komedii, a nie tragedii. Historia w świecie Trójcy to gra w większej grze, ostateczny wyraz humoru na scenie. Podobnie jak Hiob zmagamy się z pytaniami, kształtujemy nasze społeczeństwa, kochamy naszych bliskich, lecz te wewnętrzne zmagania nie są ostateczną historią. To tylko sztuka w sztuce. Dopiero szersza perspektywa wskazuje na cel wszystkiego – kształtowanie ludu, który może żyć we wspólnocie z Trójcą – lecz wszystkie pomniejsze zmagania nie są w ostateczności najistotniejsze, choć w danym momencie zapewne trudne, a nawet bolesne. Ludzie, którzy zbyt poważnie traktują te pomniejsze epizody, stają się powoli zwolennikami sekularyzmu – legalistycznymi, dominującymi, pozbawionymi poczucia humoru. Natomiast ci, którzy nie traktują ich dostatecznie poważnie, są skazani na nudę.

Sekularyzm nie może zaoferować gry w grze, sztuki w sztuce. Oddał się całkowicie bezkresnej powadze. Każde zmaganie, to walka do ostatniej kropli krwi; najmniejszy choćby nawet żart, to ostateczny atak na Gwiazdę Śmierci. Istnieje tylko ogólna narracja, bez pierwszego planu i tła; nikt nie gwarantuje, że sztuka okaże się komedią, a więc zabawa staje się niebezpieczną i nienaturalną sztuką dla sztuki. Rzeczywistość sekularyzmu jest ostatecznie ponura i dlatego zmusza nas do akceptacji jej grobowej powagi pod groźbą śmierci.

Jednak zabawa często przenika kultury sekularystyczne, nawet Skandynawię. Ktoś kantuje. Ktoś inny naśladuje Trójcę, choć się tego wypiera. Ich bogowie są zbyt wątli, aby żyć na tym świecie.

Piękno

Podobnie jak Kartezjusz usunął wszelkie cechy szczególne wosku, również my musimy usunąć zabawę z ludzkiego doświadczenia. Zabawa zbytnio opiera się na więziach, jest nazbyt zawiła. Zbyt trynitarna.

Lecz nie damy rady pozbyć się zabawy bez naruszenia innych elementów życia. Zabawa często zakłada przyjemny brak produktywności, luksusową nieprzydatność, przepych, jaki często rozpoznajemy w pięknie. Czym jest piękno? Czym jest brzydota? Możemy spróbować zignorować tego typu pytania i żartować sobie z nazbyt sztywnych definicji, lecz tak naprawdę zawsze dokonujemy estetycznych osądów.

Starożytni Grecy, podobnie jak sekularyści, zazwyczaj identyfikowali piękno z prostą, ponadczasową, abstrakcyjną właściwością, do której pewne rzeczy pasowały, a inne nie. Gdy ten sposób postrzegania przeżył się, wtedy piękno zaczęto utożsamiać z osobistym smakiem – to kolejny przykład odwiecznego grawitowania pomiędzy jednością a wielością bez perspektyw na odnalezienie równowagi.

Błędy obu stanowisk sugerują, że piękno to coś skomplikowanego, co zakłada zarówno jedność, jak i różnorodność. Odkładając na bok teorie, możemy stwierdzić, że często piękno jest dla nas zjawiskiem. Zjawiska zaś to sprawy, które zakładają złożone relacje pomiędzy czasem, tradycją, symbolami, osobowościami, emocjami i innymi czynnikami. Nie możemy uchwycić piękna przy pomocy sylogizmów, choć codziennie je rozpoznajemy. Nie każde zjawisko jest odpowiednie; wiele z nich nie zawiera piękna, lecz niektóre tak. Niektóre twarze i ciała. Niektóre pejzaże i obrazy lub utwory muzyczne.

Piękne zjawiska możemy opisywać na wiele sposobów. Jednak najczęściej wyróżniamy pewne zjawiska dlatego, że w jakiś sposób wyrażają one kwestie fundamentalne, ukazują głębię rzeczywistości. Zjawiska te gromadzą w nadzwyczajny sposób całą rzeczywistość na małej przestrzeni lub w krótkim odcinku czasu. Czasami wyróżniamy je mianem „sztuki”, choć często uznajemy to miano za nie do końca odpowiednie.

Jednak sekularyzm nie dopuszcza możliwości „rozkoszowania się chwilą”, która często pojawia się w sztuce. Jak to wyraził William Blake: „Zobaczyć świat w ziarenku piasku; Niebiosa w jednym kwiecie z lasu. W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar; W godzinie – nieskończoność czasu”. Tego typu związki nie są nam obce, lecz nie pojawiają się w jakimkolwiek świecie. Wymagają pewnych bardzo zawiłych, realnych zależności pomiędzy poszczególnymi rzeczami i zdarzeniami, a nawet całą rzeczywistością. Świat niezłączonych ze sobą atomów nie może tego dokonać – również świat czystej jednolitości, w którym poszczególne cechy się rozmywają. Taki świat może zadowolić się tylko relacją między nadrzędnym a podrzędnym. Lecz piękno to coś więcej. Jeśli piękno oddaje głębię rzeczywistości, to jaką głębię może wyrazić sekularyzm? Ostatecznie najbardziej konsekwentny sekularysta może wskazać jedynie na brutalną siłę i konformizm. Lecz to nas nie przekonuje. W sposób naturalny uciekamy od tego.

„Rozkoszowanie się chwilą” pasuje jak ulał do rzeczywistości Trójcy, w której życie Jednego wyraża się przez Trzy Osoby, a Trzech przez Jednego: „Dzień dniowi przekazuje wieść, a noc nocy przekazuje wiadomość. Nie jest to mowa, nie są to słowa, których dźwięku by nie usłyszano”. Bóg może pokazać Hiobowi lwa, strusia, jastrzębia czy konia i oczekiwać, że Hiob patrząc na części, zrozumie coś z całości. Możemy więc spojrzeć na żyrafy i zobaczyć Trójcę.

Osobowość

Sekularyzm usilnie stara się zniszczyć zabawę i piękno. Ale jak wyglądałby świat bez nich? Na myśl przychodzi szary świat opisany przez Calvino. Lecz sprawa na tym się nie kończy. Jaką wartość przypisuje osobowości unitariański czy naturalistyczny świat? Materia nie jest zbyt społeczna, podobnie jak samotny bóg Jeffersona. Trzymając się takich poglądów, ludzie co najwyżej poznają bezosobowe związki, lecz nie są w stanie dotrzeć do jądra rzeczywistości.

Jak na ironię sekularyści kochają osobowość tak bardzo, że starają się ją wszędzie uwypuklić, nie tylko w książkach i w filmach. Starożytne mity nieustannie uosabiały materię. Podobnie zresztą Italo Calvino w swych fantastyczno-naukowych bajkach zebranych w Opowieściach kosmikomicznych uosabiał atomy, siły natury i ewoluujące zwierzęta: „Teraz rybiej młodzieży nie można było utrzymać, biła płetwami o przybrzeżny muł, żeby zobaczyć, czy dadzą się użyć jako łapy, jak to się już udało niektórym bardziej uzdolnionym (…) Nasza rodzina, muszę to podkreślić, z dziadkami na czele, dreptała w komplecie po plaży, jak gdybyśmy nigdy innego życia nie znali”. Dlaczego więc nie pozbyć się całkowicie osobowości? Ponieważ bez niej byłoby nudno. Lecz jeśli wierzysz w nudny światopogląd, to musisz czerpać podnietę z własnej nudy. Osobowość jest wyrazem tęsknoty za trynitarnością, w której osobowość i personalizm znajdują swoje źródło.

Wolność i równość

Sekularyści muszą odrzucić również umiłowanie wolności. W Trójcy każda osoba boska żyje dla drugiej osoby. Poświęca się dla niej, ofiarując jej swoje życie. Stwarza możliwość bycia kreatywnym. Stymuluje wolność. W Trójcy nie ma dominacji ani egoizmu, jest tylko poświęcenie i wolność.

Lecz gdzie jest miejsce na ten ideał w świecie, w którym rządzi bezwzględna prostota i brutalna jednolitość? Jak to możliwe, żeby sekularysta kochał wolność, podczas gdy w jego mniemaniu ostateczna rzeczywistość polega na dominacji? Znowu okazuje się, że sekularyzm nie uznaje wartości wolności. Musi ją zapożyczyć bądź się jej nauczyć, co w ostateczności sprawia, że sekularyści bywają lepszymi ludźmi, niż by to wynikało z poglądów, które głoszą.

Sekularyzm nie tylko nie stwarza możliwości do wyrażania wolności, ale również przeczy równości. Kiedy sekularyści mówią o wolności i równości, wtedy wszystko okrywa jakaś magiczna mgła tajemnicy. Te dwie wartości zaciekle się zwalczają, a wzrok sekularysty rozbiega się, gdy obie pojawiają się obok siebie.

Z jednej strony nieograniczona Wolność dąży do zróżnicowania, zindywidualizowania i wyjątkowości; z drugiej strony nieograniczona Równość dąży do ujednolicenia, zuniwersalizowania oraz dostosowania. Wieczny pojedynek dwóch gladiatorów.

Nieograniczona Równość nieustannie ciąży od jednostki ku ludzkości i dalej ku gatunkowi, ku organizmowi, ku rozmytemu Bytowi. Dążenie do abstrakcyjnej Równości prowadzi do coraz większego ujednolicenia. Abstrakcyjna Równość domaga się odrzucenia lub zignorowania wszelkich różnic pomiędzy ludźmi, tak by ludzkość stała się jednolitą i niepodzielną masą – Jednią. Ludzkość przyjmuje status boga i wówczas bluźnierstwem staje się wszelka próba wyrażenia rzeczywistych różnic albo hierarchii lub też stwierdzenia braku równości czy głębokiej antytezy drzemiącej w boskości, której status uzurpowała sobie ludzkość.

Rzeczywista różnica to obraza ludzkości, która rości sobie boski status i która każdą próbę zróżnicowania traktuje jak bluźnierstwo: Nie będziesz zauważał żadnych różnic! Dlatego nie dziwi, że na spotkaniu lokalnych sekularystów, które swego czasu odwiedziłem, główny mówca, będący przełożonym kościoła unitariańskiego (w którym tradycyjnie odrzuca się wszelką wzmiankę o różnicach), tłumaczył, że „boskość zawiera się nie w wykluczaniu, lecz w równości” oraz że „miłość zaciera wszelkie różnice”. Innymi słowy: Nie będziesz miał innych bogów obok generycznego Rodzaju Ludzkiego!

Nieograniczona Wolność zmierza w przeciwnym kierunku. Dążenie do nieograniczonej Wolności oznacza przyzwolenie na coraz to więcej różnic, ciążenie ku coraz to większej wyjątkowości; zezwolenie ludziom na czynienie tego, co chcą, gdyż jednostki tak naprawdę nigdy nie wchodzą w interakcję; każdy z nas jest dla siebie światem – małym unikalnym atomem. To dlatego ludzie nie lubią etykiet. Założeniem jest nasza całkowita wyjątkowość, a etykieta stwierdza, że istnieje coś ponad indywidualnością, a konkretnie, że istnieją grupy i rodzaje, i uogólnienia. Nieograniczona Wolność stwierdza, że indywidualność jest cenniejsza niż Ludzkość czy Byt, dlatego dąży do maksymalnego zróżnicowania i w rezultacie walczy przeciwko Równości.

Każdy światopogląd ma coś do powiedzenia na temat Równości i Wolności, Jednorodności i Różnorodności. Każda z tych zależności jest niezmiernie ważna, lecz jedynie chrześcijański światopogląd oparty na wierze w Trójjedynego Boga, który utrzymuje jednocześnie trzy w jednym i jedno w trzech, jest w stanie położyć fundament pod równość i wolność. Oświecenie pozbyło się Trójcy, lecz nie mogło się wyzbyć kategorii równości i wolności. Próbowało przerobić te wartości, zachowując ich znaczenie i stworzyć pseudo-trójcę. Tylko że w tej układance poszczególne kawałki przestały do siebie pasować. Wszystkie wciskane są na siłę, gdyż w sekularyzmie, w którym liczą się siła i konformizm, nie ma miejsca na wolność ani na równość i dlatego wahadło polityki wychyla się nieustannie pomiędzy tymi dwoma skrajnościami.

Ironia i humor

Sekularystyczny świat ukształtowany przez siłę i konformizm podkopuje nie tylko wielkie i oczywiste wartości takie jak wolność i równość, ale także te ważniejsze i bardziej subtelne jak ironia i humor. Postmodernizm wiele mówił o ironii, a następnie o jej śmierci, lecz nawet ten nurt sekularyzmu nie był w stanie sprostać tego rodzaju kategoriom. Siła i jednolitość nie są w stanie w naturalny sposób wzbudzić śmiechu. Ironia potrzebuje różnic. Ironia gra w oparciu o niezgodności pomiędzy rzeczywistością a tym, jak się ona nam jawi, albo pomiędzy oczekiwaniami a tym, co istnieje. Sednem humoru jest zorientowanie się, że „to nie działa w ten sposób” albo że „to nie tak”. Kiedy Jack Handy powiedział: „Tylko wielki człowiek może zapłakać, lecz potrzeba jeszcze większego, żeby z niego się zaśmiał”, wtedy złamał wiele moralnych kategorii – tych wyraźnych i tych subtelnych – kiedy obrażał, wychwalał i rzucał wyzwanie. Jednak do tego potrzebny jest świat, w którym istnieją prawdziwe różnice.

Ironia i humor wymagają faktycznych różnic, lecz hegemonia i jednolitość dążą do czegoś wprost przeciwnego. Chcą usunąć każdą niezgodność; wmówić, że faktyczne różnice tylko jawią się jako takie; złagodzić każdy podział i wymazać wszelką hierarchię i kategorię. Ostatecznie nieograniczona Jedność obraca każdą różnicę w konstrukt społeczny, wymyślony przez nas, który nie jest częścią rzeczywistości. Lecz jeśli to prawda, to wówczas znika racja bytu dla wszelkiej ironii i humoru oraz – przy okazji – metafory. Jeśli każda różnica to tylko arbitralny konstrukt społeczny, to mieszanie kategorii przestaje szokować. Rzeczywistość jest z plasteliny – podatna na ugniatanie. Dlatego każda nic nieznacząca metafora czy żart są równie dobre jak każda „piorunująca” mieszanka. Jednorodność zabija wszelką niezgodność i różnicę; czyni wszystko szarym i pozbawionym życia. Ironia nie ma już prawa bytu. Ona potrzebuje przecież zgrabnego zmieszania jednego i wielu, równości i wolności. Oświecenie może chwilowo pozbawić świat trynitarnych kategorii, lecz na dłuższą metę zabija sedno tego, co znaczy być człowiekiem – żart, metaforę, ironię. Robespierre był nudziarzem.

Seksualność

Co sekularyzm może powiedzieć na temat seksualności po tym, jak pozbawił świat zabawy, piękna, osobowości, wolności, równości i ironii? „Niech mnie pocałuje pocałunkiem ust swoich! Ach, twoja miłość jest przedniejsza od wina!” A on upaja się jej zapachem i piersiami i stwierdza: „Wypukłości twych bioder są jak naszyjnik”.

Eros panuje nad światem, a jednak większość sekularystów nie zważa na piękno seksu, podobnie jak ich teorie nie opisują tego, co dzieje się w miłosnym uścisku. W łóżku odczuwają seksualność jako głębię, jako umiłowanie prawdziwej różnicy, jako harmonię ciał, jako ofiarność, która sprawia drugiemu rozkosz. Lecz żadna z tych rzeczy nie pasuje do ich opisu świata. Ich dążenie do konformizmu i jedności podkopuje seksualność. Podobnie jak w polityce tak i tutaj ich obsesja na punkcie jedności i prostoty zamienia płeć na zwykłe konstrukty społeczne, elastyczne kategorie, rozłączone nieskończoności, spokój, który gardzi głębokimi różnicami, jakimi żywi się Eros. W rzeczywistości prowadzi to do znienawidzenia seksualności. Pozbywają się zachwytu i zaskoczenia, które wiążą się z doświadczeniem prawdziwego zróżnicowania, a w zamian otrzymują tyranię jednolitości. W najlepszym wypadku sekularyzm domaga się bezpłciowego świata,czyli konformistycznej, papkowatej, obojniackiej utopii. W najgorszym przypadku jego umiłowanie władzy zostawia nas z seksualnością, której wzorcem jest gwałt. To najlepsze, na co stać boga Jeffersona – tego wyrzutka społecznego, który zna tylko brutalną siłę.

Eros ma swoje miejsce w rzeczywistości Trójcy, gdyż nie jest ona jedynie jednorodna, lecz również prawdziwie różnorodna. Nie jest po prostu równa; to raczej równość, która łagodnie współgra z hierarchią. To kombinacja niezrozumiała dla sekularystycznego umysłu. Trójca stwarza podłoże dla prawdziwego Erosa. Co więcej, Syn zstępuje na ziemię, aby podzielić się tą harmonią ze swoją Oblubienicą, którą miłuje i przyozdabia, a także wprowadza do życia Trójcy.

Zachwyt

Kiedy zamieniliśmy już wspaniałą głębię seksualności na hegemonię gwałtu, to pozbyliśmy się też wielu innych rzeczy. Bez podstawowych tajemnic erotyki znika wszelki inny zachwyt. Jeśli sekularystyczna seksualność to w najlepszym razie związek oparty na dominacji albo chemiczna reakcja, to jakże możemy wpaść w zachwyt nad czymkolwiek innym w naturze? Sekularyzm twierdzi, że prędzej czy później wyjaśni wszystko, byleby miał dostęp do laboratoriów. Na wszystko znajdzie właściwą odpowiedź. W zasadzie nie powinno być tajemnic, gdyż wszystko ładnie mieści się w kartezjańskiej szafce na akta. Zatem sekularystyczna rzeczywistość ma ostatecznie tylko jeden wymiar i wrogo odnosi się do tajemnicy i zachwytu, z którymi codziennie się spotykamy. Dla sekularysty nie istnieje artysta wyrażający zapierającą dech w piersiach kreatywność natury; wszystko jest dziełem przypadku, materii i selekcji naturalnej albo w najlepszym wypadku dziełem nieokrzesanego boga rysującego kredkami. Lecz również tutaj musimy wyzbyć się najlepszych elementów ludzkiego doświadczenia – tajemniczości, trwogi, zachwytu – gdyż jak można podziwiać nieustający ciąg przypadków. Chciałbym spotkać sekularystę, który konsekwentnie żyje w oparciu o te zasady. Normą jest u niego raczej stała obłuda. Nawet Nietzsche rozumiał, iż „tylko jako zjawisko estetyczne jest istnienie świata usprawiedliwione”.

Ostatecznie sekularyzm pozbawia życia samego życia. Nie pozostało żadne sekularystyczne jądro po tym, jak sekularyzm usunął co przedniejsze elementy rzeczywistości – nie ma gry i zabawy, piękna i osobowości, wolności i równości, ironii, seksualności, tajemnicy itp.

Opowiadanie Calvino o świecie pozbawionym kolorów dociera do punktu zwrotnego, gdy wokół Ziemi zaczynają formować się atmosfera i ocean: „Dokoła świat roztaczał kolory coraz to nowe, różowe obłoki zgęszczały się w sinawe cumulusy, strzelając złocistymi błyskawicami. Po burzach tęcze ukazywały barwy jeszcze nigdy nieoglądane, we wszystkich możliwych kombinacjach. Rozpoczęło się także najście chlorofilu (…) Znów przebiegałem Ziemię, oglądałem to wszystko, co przedtem znałem jako szare, wciąż na nowo oszałamiany odkryciem, że płomień jest czerwony, lód biały, niebo niebieskie, ziemia brunatna i że rubiny miały barwę rubinową, topazy barwę topazu.”

Protagonista próbuje odnaleźć kobietę o imieniu Ayl, swoją Ewę, lecz ta przytłoczona jest eksplozją kolorów. Bohater spotyka jej towarzyszki, które „nadal bawiły się na łąkach, rzucając piłką o tęczowych błyskach. Ale jakże były zmienione! (…) Usta dziewcząt były czerwone, białe zęby, języki i dziąsła różowe. Różowe były także koniuszki piersi. Oczy – błękitne jak akwamaryna, czarne jak tareczki, orzechowe albo amarantowe”.

Wreszcie znajduje Ayl ukrytą w rozpadlinie skalnej. „Ayl! Chodź, zobacz, jak pięknie jest na świecie!” Lecz ona odpowiada: „Psst. Tu jestem. Czemu tak krzyczysz? (…) Nie podoba mi się tam”. W końcu okłamuje ją, aby podstępem wywieść ją na świat kolorów. Lecz gdy dostrzega nowe kolory na twarzy Ayl, ona zaczyna krzyczeć i ucieka z powrotem w ciemność, a trzęsienie ziemi odgradza ich szarą ścianą kamieni, która urasta do wymiarów góry. Ayl raz na zawsze oddzielona jest od kolorów. Zaś protagonista uświadamia sobie, że „jej miejsce nigdy nie mogłoby być po tej stronie” oraz że „doskonały świat Ayl jest dla mnie stracony na zawsze. Teraz już nawet nie umiałem go sobie wyobrazić, nie pozostało mi nic, co by mi go mogło przypomnieć, choćby z daleka”.

Oto znużenie, które nęka naszą wyobraźnię. Jesteśmy przesiąknięci Trójcą. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie konsekwentnego sekularysty, który mógłby wyobrazić sobie sekularystyczny świat. Czy ktokolwiek z nas sprostałby temu zadaniu? Czy można ukryć się przed barwami Trójcy? „Nie podoba mi się tam”, mówi Ayl.

A na zewnątrz czekają żyrafy. A to dopiero początek.

 

Tłumaczył Bogumił Jarmulak.

Tytuł oryginału: Spoiled by the Trinity: A Primer for Secularists

Artykuł ukazał się w Credenda Agenda 15/4.

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)