Trójca i etyka

On 9 czerwca 2017, in Życie chrześcijańskie, Etyka, Trójca, by BJ

Trójca i etyka; Peter Leithart

Będę dzisiaj mówił o teologicznym pojęciu perychorezy (gr. perichoresis). Perychoreza to techniczny termin teologiczny, którego podstawowym znaczeniem jest wzajemne zamieszkiwanie. Można go odnieść do dwóch osób, z których każda jest w jakiś sposób obecna w życiu drugiej osoby. Termin perychoreza pochodzi od Ojców Kościoła, a w szczególności od Ojców greckich. Jego łacińska wersja to circumincessio, co oznacza wzajemne zawieranie. Pierwotnie używano go do opisania relacji między boską a ludzką naturą Chrystusa. Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Boga, który stał się ciałem, w wyniku czego posiada zarówno boską, jak i ludzką naturę. Relacja między tymi dwoma naturami opisana została przez niektórych z Ojców jako perychoreza. Natura ludzka zamieszkuje naturę boską, a natura boska zamieszkuje naturę ludzką. Oba stwierdzenia są jednocześnie prawdziwe. Nie tylko Osoba boska zamieszkała w ludzkim ciele, lecz właśnie ze względu na to zamieszkiwanie także ludzka natura Chrystusa zamieszkuje w Jego boskości – w Synu.

Jednak pojęcie perychorezy jest zwykle używane dla opisania wzajemnych relacji między Osobami Trójcy Świętej. Jak Ojciec, Syn i Duch Święty odnoszą się do siebie nawzajem? Co i jak ich łączy?

Przeczytam kilka fragmentów z pism Ojców i Doktorów Kościoła, w których mówią o perychorezie w odniesieniu do Trójcy Świętej. Da to nam lepsze zrozumienie tego pojęcia.

Zaczniemy od traktatu Hilarego z Poitiers zatytułowanego O Trójcy Świętej: „Zdaje się niemożliwym, by jeden obiekt mógł znajdować się jednocześnie w i poza innym obiektem lub by mogły one wzajemnie siebie zawierać w ten sposób, że jeden z nich zarówno otacza drugi obiekt, jak i jest przezeń otoczony, choć sam go otacza. Tego zagadnienia egzystencji boskiej ludzki rozum nigdy nie rozwiąże ani nie znajdzie dlań odpowiedniej analogii. Bóg może być tym, czego człowiek nie pojmuje”. Hilary posługuje się tu słowami „otaczać” i „zawierać”, komentując tajemnicę Trójcy Świętej, w której każda z Osób jednocześnie otacza pozostałe oraz jest przez nie otoczona. Syn jest w Ojcu, a jednak Ojciec jest też w Synu. To samo można powiedzieć o Duchu. Hilary wyraża jednocześnie powszechny w jego czasach pogląd, że to wzajemne zawieranie dotyczy tylko Osób Trójcy Świętej i nie znajduje analogii w życiu ludzi. Nie zgadzam się w tym stwierdzeniem, lecz o tym powiem nieco później.

Z kolei Jan z Damaszku w Wykładzie wiary prawdziwej napisał, że „trzy Osoby boskie zamieszkują siebie nawzajem i opierają się na sobie nawzajem. Są nierozłączne i nierozdzielne, choć są oddzielnymi Osobami, bez zmieszania lub zlania, jednak całkowicie przylegające do siebie nawzajem, ponieważ Syn jest w Ojcu i w Duchu, a Duch jest w Ojcu i w Synu, zaś Ojciec w Synu i w Duchu. Nie ma jednak między Nimi pomieszania, zlania ani pogmatwania.  Cechuje ich jeden i tan sam ruch, jako że istnieje jeden impuls i ruch trzech Istot, czego nie można zaobserwować w istotach stworzonych”. W tej ostatniej kwestii Jan stwierdza to samo, co Hilary, a mianowicie że opisana relacja dotyczy tylko Osób boskich, nie zaś ludzi. Dodaje ponadto, że mimo tak bliskiego zjednoczenia trzech Osób, nie dochodzi do ich zmieszania. Syn nie staje się Ojcem, a Ojciec – Synem. Pozostają odrębnymi jednostkami, choć zamieszkują siebie nawzajem.

Zacytowałem te dwa fragmenty, by pokazać, że pojęcie perychorezy obecne jest w teologii zarówno Kościoła Zachodniego, jak i Wschodniego.

Jeszcze jeden fragment, tym razem z angielskiego poety, Johna Donne’a, żyjącego w XVII wieku. Jego poezja podejmuje w gruncie rzeczy dwa tematy: teologię i miłość. Jest przedstawicielem poezji metafizycznej. Jednym z bardziej znanych wierszy miłosnych Donne’a jest Pchła. Mówi o pchle, która napiła się krwi zarówno Donne’a, jak i jego ukochanej, przez co oboje zostali zjednoczeni w ciele pchły. Tu przytoczę jednak fragment innego utworu pt. Litania mówiącego o Trójcy Świętej:

Błogosławiona Trójco Święta,
Kość dla filozofii, lecz mleko dla wiary,
Która, jak węże mądre, w największym stopniu
Posiadasz śliskość i splątanie,
Rozgraniczona a niepodzielna,
Przez moc, miłość, poznanie,
Daj mi ten instynkt samo-rozróżnienia,
Bym z tych poukładany był,
Z mocy, dla miłości i dla poznania Ciebie – niepoliczona Trójco.

Trzeba przyznać, że nawet dla osób, dla których angielski jest językiem ojczystym, utwór ten jest trudny do zrozumienia przy pierwszym czytaniu. Wiersz opisuje Trójcę Świętą, przyrównując ją do „wężów mądrych”. Mówi o rozróżnieniu między Osobami, które jednak są nierozerwalnie splątane z sobą nawzajem. To przykład poetyckiego opisu perychorezy, która jawi się nam jako paradoks, bo jak można być tym samy, a jednocześnie czymś odmiennym.

Szczególnie w ciągu ostatnich 50 lat zauważyć można w teologii ponowne zainteresowanie perychorezą. Ja chciałbym jednak przyjrzeć się perychorezie w kontekście etyki. Nie opisuje ona bowiem tylko pewnych aspektów życia Boga oraz wcielenia Syna Bożego, ale także pewne aspekty życia ludzkiego i jako taka okazuje się pomocna w kwestiach dotyczących moralności.

Na wstępie musimy zająć się słowami wypowiedzianymi przez Hilarego i Jana, według których pojęcia perychorezy nie można odnieść do życia ludzi. Obaj chcieli zarezerwować perychorezę dla życia boskiego jako element składowy tajemnicy tego życia, który odróżnia Boga od stworzenia. Nie sądzę, by tak rzeczywiście było, zwłaszcza że Nowy Testament zdaje się mówić o perychorezie w nieco inny sposób. Ponadto, kiedy odniesiemy pojęcie perychorezy do relacji międzyludzkich, wtedy okaże się ono bardzo pomocne w etyce.

W tym celu chciałbym poruszyć trzy kwestie. Po pierwsze, choć prawdą jest, że słowo perychoreza nie występuje w Nowym Testamencie, to jednak sama koncepcja jest szczególnie widoczna w Ewangelii św. Jana. Co więcej, nie tylko jest widoczna, nie tylko Jan jest źródłem tej koncepcji, lecz ponadto perychoreza jest zdaniem ewangelisty nieodzownym elementem Dobrej Nowiny. Jeśli Ojciec nie zamieszkuje w Synu, to – według Ewangelii św. Jana – nie jesteśmy zbawieni. Powodem, dla którego Syn zbawia nas (w Janowym znaczeniu tego słowa), jest to, że Ojciec zamieszkuje Syna. Jezus w Ewangelii św. Jana stwierdza, że nie tylko życie Boga, ale też życie ludzi cechuje się wzajemnym zamieszkiwaniem, co wiąże się z pewnymi implikacjami etycznymi.

Chciałbym teraz przytoczyć kilka fragmentów Ewangelii św. Jana mówiących o perychorezie zarówno w kontekście życia Boga, jak i ludzi. Zaczniemy od prologu Ewangelii, gdzie czytamy, że Słowo, które jest z Bogiem i które jest Bogiem, stało się ciałem i zamieszkało między ludźmi. Na końcu prologu Jan napisał, co następuje: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył” (Jn 1,14-18).

Najpierw przyjrzyjmy się słowom kończącym powyższy fragment i zawierającym krótkie przedstawienie tego, o czym Jan zamierza napisać w swojej Ewangelii: „Boga nikt nigdy nie widział”. Jest to wyraźna aluzja do słów wypowiedzianych przez Boga do Mojżesza na górze Synaj: „Żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu” (Wj 33,20). Izrael zgrzeszył i uczynił sobie Złotego Cielca. W tej sytuacji Mojżesz modli się, aby Bóg nie porzucił Izraela. Prosi Boga o potwierdzenie Jego przychylności wobec Izraela poprzez ukazanie mu chwały Bożej. Bóg pozwala Mojżeszowi spojrzeć jedynie na swoje plecy, lecz nie ukazuje mu twarzy.

Jednak w kontekście Ewangelii św. Jana słowa te brzmią nieco dziwnie, jako że Jan dopiero co oznajmił, że możemy oglądać chwałę Boga. Mówi o tym werset 14: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę”.  Zatem to, co było niemożliwe w Starym Przymierzu, stało się możliwe w Nowym Przymierzu dzięki wcieleniu Syna: „Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył [dosł. wyjaśnił]”. Chwałę Boga niedostępną dla nikogo w Starym Przymierzu ukazało nam Słowa, które stało się ciałem. W taki sposób Jan rozpoczyna swoją Ewangelię, a następnie rozwija ten temat, który jawi się jako główny wątek jego relacji o życiu Jezusa. Innymi słowy, jeśli to, o czym czytamy w wersecie 18, że nikt nigdy nie widział Boga, pozostałoby niezmienione wraz z przyjściem Chrystusa – jeśli nadal nikt nie może zobaczyć Boga – to zgodnie z przesłaniem Jana nikt nie może poznać Boga i w takim wypadku nikt nie może posiąść życia wiecznego. Te rzeczy są w Ewangelii św. Jana ściśle ze sobą połączone. Oglądanie Boga równa się poznaniu Boga, a poznanie Boga oznacza posiadanie życia wiecznego.  „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (Jn 17,3). Poznanie wcielonego Syna daje prawdziwe poznanie Boga, czyli życie wieczne. Jezus nie jest bowiem tylko wyobrażeniem Boga, lecz wcielonym Synem Ojca.

Jan wyjaśnia, jak to jest możliwe, właśnie przy pomocy perychorezy, choć nigdy nie nazywa jej tym słowem. Powodem, dla którego Jezus może ukazać prawdziwą chwałę Ojca, jest to, że Ojciec zamieszkuje Syna. Czytamy o tym m.in. w rozdziale czternastym: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście. Rzekł do Niego Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy. Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (Jn 14,1-11).

Powyższe słowa pochodzą z rozmowy Jezusa z apostołami podczas Ostatniej Wieczerzy. Jezus zapowiada uczniom, co wkrótce się wydarzy. Mówi, że niedługo powróci do Ojca, który posłał Go na świat. Obiecuje też, że nie zostawi ich samych, lecz da im Ducha.

W trakcie rozmowy apostołowie zadają Jezusowi różne pytanie. Tomasz pyta: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?”. Na co Jezus odpowiada: „Ja jestem drogą”. Innymi słowy: Znacie drogę do Ojca, ponieważ znacie mnie, a ja jestem drogą do Ojca. To z kolei prowadzi do prośby Filipa: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Jezus już wcześniej powiedział, że kto poznał Jego, ten poznał też Ojca. Na co Filip ze zdziwieniem pyta: Kiedy widzieliśmy Ojca? Na co Jezus odpowiada: Widząc mnie, widzieliście Ojca i znacie Go, ponieważ Ojciec jest we mnie, a ja w Ojcu. Innymi słowy, możemy oglądać Ojca w Synu, lecz nie dlatego że Syn jest tożsamy z Ojcem – Ojciec nie stał się ciałem – ale dlatego że Ojciec zamieszkuje Syna, a Syn Ojca. To znaczy, że w kontekście Ewangelii św. Jana Dobra Nowina o poznaniu Boga i życiu wiecznym jest nierozerwalnie związana z ideą perychorezy. Jeśli Ojciec nie jest w Synu, to samo przyjście Syna na świat nie zapewnia życia wiecznego. Syn może darować życie tylko, jeśli objawia Ojca, a może to uczynić ze względu na wzajemne zamieszkiwanie Ojca i Syna.

Jezus pokazuje, jaki jest Bóg. Patrząc na Jezusa, możemy prawdziwie poznać Boga, który wbrew niektórym wyobrażeniom nie jest Bogiem odległym, surowym i stale zagniewanym, ponieważ nie takiego Boga oglądamy w Jezusie. Jezus weryfikuje nasze wyobrażenia na temat Boga.

N.T. Wright stwierdził, że lektura Starego Testamentu ukazuje Boga całkowicie oddanego swemu ludowi. Kiedy Bóg gniewa się, to jest to wyrazem Jego żarliwej miłości do swego ludu. Z tego Wright wnioskuje, że gdyby Bóg Izraela wcielił się i zamieszkał między nami, to wyglądałby dokładnie jak Jezus. I oczywiście Jezus jest wcieleniem prawdziwego Boga. Mimo to, to właśnie Ewangelie muszą być miarą naszego wyobrażenia o Bogu, ponieważ przyjście Jezusa stanowi kulminację objawienia Boga.

Przeczytajmy jeszcze jeden fragment Ewangelii św. Jana: „Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich” (Jn 17,13-26).

Są to ostatnie słowa wypowiedziane przez Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy – Jezus modli się do Ojca za uczniów. W modlitwie Jezus mówi o swojej więzi z Ojcem, a także o więzi łączącej uczniów z Ojcem i z Synem. W wersecie dwudziestym czytamy, że Jezus wstawia się nie tylko za apostołów, lecz także za cały Kościół – za tych, którzy uwierzą w ich świadectwo o Jezusie. W szczególności Jezus prosi Ojca, aby Jego uczniowie byli zjednoczeni „jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno”. W słowach tych znów znajdujemy pojęcie perychorezy, czyli wzajemnego zamieszkiwania. Ojciec i Syn są dwiema osobami, a jednak stanowią jedno. Jezus prosi Ojca, aby uczniowie byli zjednoczeni w ten sam sposób – aby wzajemnie siebie zamieszkiwali. Jedność Kościoła jest obrazem boskiej jedności. To znaczy, że pojęcie porychorezy możemy użyć nie tylko do opisania wzajemnych relacji między Osobami Trójcy Świętej, ale także do opisania wzajemnych relacji członków Kościoła. Dalej Jezus wyjaśnia, jak to jest możliwe – perychoretyczna więź między uczniami jest możliwa, ponieważ przez zjednoczenie z Jezusem zostali włączeni do życia Trójcy Świętej: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno”. Widzimy więc, że pojęcie perychorezy odnieść można nie tylko do Boga, ale także do relacji międzyludzkich, a także do relacji człowieka z Bogiem. Syn przyszedł na świat, aby włączyć nas do perychoretycznego życia Ojca, Syna i Ducha, aby świat poznał prawdziwego Boga.

W jaki sposób życie perychoretyczne może wyrazić się w relacjach międzyludzkich? Czym jest wzajemne zamieszkiwanie w kontekście ludzkiego życia?

Często postrzegamy innych ludzi jako przeszkody pojawiające się na drodze do realizacji naszych planów i zaspokojenia naszych pragnień. Wszyscy mamy jakieś plany i dążenia, lecz czasami inni ludzie mogą nam utrudniać ich spełnienie. Załóżmy, że jesteś studentem, który właśnie zabrał się za pisanie pracy semestralnej. Wiesz, co i jak masz napisać. Praca bystro posuwa się do przodu. Zaczynasz trzecią stronę, lecz nagle w pokoju pojawia się twój współlokator, którego właśnie rzuciła dziewczyna, a on koniecznie chce o tym z kimś porozmawiać. Jak zareagujesz? Oczywiście, takie zdarzenie stanowi przeszkodę dla realizacji twojego planu. Ale może też pojawienie się współlokatora stanowi okazję do okazania miłości i współczucia? Możemy to wyrazić w kategoriach perychoretycznych. Czy taka sytuacja jest okazją do zamieszkania w życiu drugiej osoby? Oraz do zamieszkania w twoim życiu przez tę drugą osobę? Czy też pojawienie się tej osoby jest tylko i wyłącznie kłodą rzuconą ci pod nogi przez los?

Pojawienie się osoby, która zmusza nas do zmiany planów, można nazwać inwazją na przestrzeń prywatną. Osoba ta oczekuje, że zrobimy dla niej miejsce w naszym życiu. Możemy bronić się przed tą inwazją. Zwykle instynktownie tak czynimy. Jednak jeśli chcemy mieć udział w życiu, o którym mówi Jezus, to może powinniśmy jednak potraktować kryzys w życiu bliźniego jako coś, co może zamieszkać w naszym życiu i przez co my możemy zamieszkać w życiu bliźniego. W ten sposób możemy usłużyć mu i okazać mu pomoc. Innymi słowy, naśladowanie Jezusa oznacza bycie otwartym na inwazję ze strony bliźnich – uczynienie we własnym życiu miejsca dla innych.

Taka postawa wymagana jest od nas nie tylko w chwilach kryzysu. Życie każdego rodzica codziennie jest obiektem inwazji ze strony jego dzieci. Co wtedy robimy? Czy pozwalamy im uczestniczyć w naszym życiu i czy chcemy uczestniczyć w ich życiu? Czy pozwalamy im zająć miejsce w naszym życiu i korzystać z naszego czasu i uwagi? A może odpychamy je, usprawiedliwiając się, że coś innego – ważniejszego lub pilniejszego – wymaga całej naszej uwagi?

Słowa Jezusa sugerują, że odpowiedź na takie pytania ma wymiar etyczny. Aby żyć życiem Boga, musimy otworzyć się na takie inwazje, stać się dostępni dla bliźnich, postrzegać życie bliźnich jako miejsce, gdzie możemy zamieszkać, i pozwolić, by oni zamieszkali nasze życie.

Wzajemne zamieszkiwanie czasami wymaga udostępnienia fizycznej przestrzeni lub czasu. Czasami jednak wymaga udostępnienia bliźnim naszej uwagi, myśli, a nawet snów. Kiedy przejmujemy się cudzymi problemami, wtedy stają się one częścią naszego życia. Stale o nich myślimy i budzą w nas niepokój. Możemy starać się uwolnić od nich, żeby w końcu móc się porządnie wyspać. Instynktownie próbujemy otoczyć się murem strzegącym naszej niezależności. Nie do tego jednak wzywa nas Jezus. Taka postawa nie jest prawdziwym obrazem życia Trójcy Świętej. Mamy być dostępni dla bliźnich, otwarci na ich problemy, gościnni wobec nich. Nawet jeśli nie zawsze wiąże się to z natychmiastową gratyfikacją. Tak bowiem postępuje Bóg wobec nas. Bóg buduje sobie dom w miejscach, które trudno nazwać przytulnymi. Syn Boży uczynił sobie dom w miejscu, gdzie większość ludzi chciała po prosu Go zabić. Co też w końcu uczynili.

Możemy spojrzeć na to zagadnienie także w kontekście małżeństwa. Małżeństwo wymaga wydzielenia miejsca dla drugiej osoby i to zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym. Dosłownie trzeba podzielić się miejscem, np. na łóżku. Trzeba pozwolić drugiej osobie dzielić tą samą przestrzeń życiową. Kiedy mieszka się samemu, wtedy ma się całe mieszkanie tylko dla siebie i można je urządzić w całkowitej zgodzie z własnymi upodobaniami. Małżeństwo jednak to zmienia. Bez otwarcia się na żonę czy męża nie ma mowy o udanym małżeństwie. Mąż i żona nie należą już tylko do siebie samych, lecz do siebie nawzajem. To wymaga wielu zmian i przystosowania. Zdecydowana większość problemów małżeńskich wynika z tego, że mąż lub żona nie chcą uczynić w swoim życiu miejsca dla drugiej osoby.

Przypominają się tu słowa z Juliusza Cezara Szekspira, w których Porcja, żona Brutusa, narzeka, że mąż nigdy z nią nie rozmawia, nigdy nie dzieli się z nią swoimi problemami. Porcja pyta: „Czyż to warunkiem ślubów naszych było, że prawa nie mam do męża tajemnic? Że jestem tobą w pewnych tylko względach? Dzielić mam ucztę, weselić twe łoże, być uczestniczką rozmów obojętnych? Mieszkać na serca twojego przedmieściach?”. Innymi słowy, Porcja stwierdza z wyrzutem, że Brutus wyrzucił ją na margines swojego życia – poza jego centrum. Niestety, wiele żon w podobny sposób narzeka na swych mężów. Tak już jest, że mężom trudniej przychodzi otworzyć się na swoje żony niż żonom na mężów. Jednak tylko perychoretyczne małżeństwo może być udanym małżeństwem.

Podobnie wychowanie dzieci wymaga uczynienia miejsca we własnym życiu dla innych osób. W tym przypadku dla dzieci. Rodzina to dwie osoby, które zaprosiły jedna drugą do swojego życia, i które zdecydowały się uczynić w tym wspólnym życiu dodatkowe miejsce dla kilku małych nieznajomych, którzy stale czegoś chcą i potrzebują, a którzy nic nie mogą zrobić dla siebie. Sami się nie nakarmią, nie zmienią sobie pieluchy, nie ochronią się. Są całkowicie zdani na rodziców, bez których nie przeżyliby zbyt wielu dni. Wymagają mnóstwo cudzej uwagi i energii. Są jak intruzi. Pozbawiają rodziców snu, nie chcą stosować się do planu dnia; stawiają na nogi cały dom w środku nocy, krzycząc, bo zgłodnieli. Nie można być dobrym rodzicem, jeśli nie jest się gotowym na taką inwazję i jeśli nie chce się uczynić miejsca w swoim życiu dla tego typu intruzów.

Nazywam dzieci intruzami, bo w pewnym sensie nimi są. Gdy przychodzą na świat, praktycznie ich nie znamy, nie możemy się z nimi porozumieć i nie wybieramy sobie tego, jakie dzieci chcemy mieć w rodzinie. Ich pojawienie się w naszym życiu wiąże się z wieloma niewiadomymi. Żonę lub męża przynajmniej sami sobie wybieramy. Nie tak jest z dziećmi. A jednak musimy uczynić dla nich miejsce w swoim życiu. Jeśli tego nie uczynimy, to stworzymy wiele poważnych problemów. Jeśli traktujemy własne dzieci jak prawdziwych intruzów żerujących na naszej przestrzeni, czasie i energii, jak kłody rzucone pod nogi, to tworzymy toksyczną atmosferę, która bez wątpienia ukształtuje nasze dzieci w sposób daleki od ideału. A każde kolejne dziecko wymaga dodatkowej przestrzeni w naszym życiu. Dosłownie i w przenośni.

Z drugiej strony, nie tylko dzieci zamieszkują życie rodziców. Także rodzice zamieszkują życie swoich dzieci. Korygują je, nauczają, kierują nimi – czasami w sposób, który dzieciom nie za bardzo się podoba. Kształtują je niezależnie od tego, czy tego chcą, czy nie. Tak że nieraz patrząc na dziecko, widzimy obraz jego ojca lub matki. Czasami chodzi o podobieństwo fizyczne. Częściej jednak chodzi o upodobania, postawę i zachowanie. Skąd się one biorą u dzieci? Dlaczego dzieci przypominają rodziców? Ponieważ przez długi czas rodzice zamieszkują życie swoich dzieci. Dlatego życie rodziców odbija się w życiu dzieci. Na dobre i na złe.

Jeśli każdy członek rodziny stanowi odrębną jednostkę żyjącą w dobrze obwarowanym zamku i każdy usilnie pilnuje własnej niezależności oraz unika angażowania się w życie innych, wtedy nawet trudno mówić o rodzinie. To samo można powiedzieć o każdej wspólnocie. Podobnie przyjaźń polega na wzajemnym zamieszkiwaniu, na otwarciu się na drugą osobę, na uczynieniu w swoim życiu miejsca dla niej i na zamieszkaniu w jej życiu.

W szczególności słowa Jezusa odnoszą się do Kościoła. O nim przede wszystkim mówi Jezus w swojej modlitwie. Niezdrowy kościół, to kościół pełen murów obronnych. To kościół zamknięty dla nowych osób. Taki kościół boi się, że każda nowa osoba może zaburzyć jego spokój. Nie chce zajmować się problemami nowych członków. Ale przecież na tym polega bycie Kościołem – na otwarciu się na nowych ludzi i nowe problemy. Obcy zawsze stanowią zagrożenie, a jednak zdrowy kościół przyjmuje ich z otwartymi ramionami. Taki kościół jest gotowy na włączenie nieznajomych do swego życia. W takim kościele ludzie znajdują czas dla nowoprzybyłym. Chcą ich poznać i dzielić z nimi życie. Chcą nosić ich brzemiona. Na tym polega perychoreza w życiu Kościoła. W tym przejawia się w nas życie boskie.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Kiedy mówi się o etyce gościnności, czasami rozumiane jest to jako etyka całkowitej tolerancji – kompletnego otwarcia na wszystko. Nie sądzę, że to ma na myśli ewangelista Jan, kiedy pisze o perychorezie. Tak, perychoreza jest otwarciem się na bliźnich, jest zaproszeniem im do własnego życia. Jednak Jezus mówi o otwarciu, którego celem jest przeobrażenie, a nie jedynie tolerancja. Kiedy Bóg w swoim życiu czyni miejsce dla nas, wtedy wzywa nas do nawrócenia. Bóg nie zaprasza nas do udziału w Jego życiu po to, abyśmy na zawsze pozostali takimi, jacy jesteśmy. Podobnie jest w relacjach międzyludzkich. Wzajemne zamieszkiwanie nie jest celem samym w sobie. Celem perychorezy jest przemiana. Załóżmy, że pracujemy z narkomanami. W takim przypadku nie chodzi o to, by po prostu towarzyszyć im, kiedy oni narkotyzują się. Nie na tym polega przyjaźń. Nie w taki sposób Jezus zamieszkuje nasze życie. Nie na tym polega odkupienie.

Tłumaczył Bogumił Jarmulak.

Wykład wygłoszony na Wydziale Etyki Chrześcijańskiej Akademii w Ostrogu, Ukraina, 18.09.2013.

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)