Symeon i marzyciele. Kazanie na Święto Ofiarowania Pańskiego

Andrzej Polaszek

„Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela (Łk 2,29-32 BT )”.

„A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela…” (Łk 24,27 BT).

Marzycielstwo stanowi śmiertelne zagrożenie dla wiary. Tym groźniejsze, że ukryte i podstępne. Nie polega bowiem ono na odrzuceniu wiary, lecz na zastąpieniu jej, pozornie bardzo pobożną, idealistyczną imitacją. Marzycielstwo bywa na zewnątrz tak bardzo podobne do wiary, że można je rozpoznać dopiero po zatrutych owocach. Marzycielstwo to zdeformowana nadzieja, oczekiwanie dobrych rzeczy w niewłaściwy sposób.

Człowiekiem wiary był Symeon. Marzycielami okazali się uczniowie, których zmartwychwstały Chrystus spotkał w drodze do Emaus.

Symeon oczekiwał pociechy Izraela (Łk 2,25). Zawierzył Słowu Obietnicy, zgodnie z którym miał „nie ujrzeć śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Tego dnia, jak mówi Ewangelista, „za natchnieniem Ducha przyszedł do świątyni.”(Łk 2,27) Zobaczył dwoje ubogich ludzi z małym dzieckiem, w którym rozpoznał Chrystusa. Najprawdopodobniej dziecko niczym nie różniło się od innych dzieci w podobnym wieku, a jego pojawienie się w świątyni nie zwróciło niczyjej uwagi. Jedynie wiara w Słowo pozwalała zobaczyć w Nim wypełnienie Obietnicy. Przez wiarę Symeon przyjął i rozpoznał Chrystusa takiego, jakim Go zobaczył tego pamiętnego dnia: ubogiego, po niemowlęcemu nieporadnego i całkowicie zależnego od innych, w swej dziecięcej postaci. Był gotów przyjąć Go jednocześnie jako Tego, któremu „sprzeciwiać się będą” (Łk 2,34) i z powodu którego duszę Jego matki „przeniknie miecz” (Łk 2,36), a także jako „światło na oświecenie pogan i chwałę Izraela” (Łk 2,32). Spoglądając na Jezusa oczyma wiary mógł zobaczyć wszystko w jednej chwili: ubóstwo i poniżenie, hańbę krzyża i chwałę zmartwychwstania. Bo wiara pozwala zobaczyć to, czego jeszcze nie widać (Hebr 11), a potem z cierpliwością tego oczekiwać, nie poddając się zniechęceniu.

Uczniowie chodzili z Jezusem trzy lata. Widzieli znaki i cuda. Rozpoznali w Nim Wybawcę narodu. Doznali jednak zawodu, kiedy okazało się, że Chrystus nie przepędził Rzymian i nie odnowił królestwa Dawida w sposób, który odpowiadałby ich oczekiwaniom.

Symeon podążał za Słowem (tym, co pochodzi od Boga), uczniowie za swoimi marzeniami (tym, co pochodziło od nich). On doznał spełnienia, oni frustracji.

Luter nazywał marzycielami zwolenników Karlstadta i innych radykałów, którzy w czasach Reformacji zamiast reform pragnęli rewolucji. Zamiast oczyścić kościół chcieli go zbudować na nowo, a na gruzach panującego systemu społeczno-politycznego zaprowadzić, rzekomo w imię Ewangelii, raj na ziemi.

Bonhoeffer nazywał marzycielami ludzi, którzy zamiast kochać kościół takim jakim jest, pielęgnują swoje wyobrażenie o kościele idealnym, a zamiast oczekiwać od kościoła tego, co Bóg obiecał w kościele i poprzez kościół nam ofiarować, oczekują spełnienia własnych „pobożnych” pragnień i wyobrażeń.

Wiara i marzycielstwo to dwie postawy, dwa sposoby na jakie możesz przyjmować Chrystusa i kościół (Jego Ciało na ziemi). Wiara oczekuje od Chrystusa i Kościoła tego, co zostało nam w Chrystusie i Kościele obiecane. Marzycielstwo żąda spełnienia marzeń, tęsknot i pragnień. Wiara oczekuje właściwych rzeczy we właściwym czasie: zbawienia w Chrystusie i chrześcijańskiego braterstwa, społeczności Słowa i sakramentów w kościele. Marzycielstwo w najbardziej rozpowszechnionej współcześnie postaci domaga się, aby Chrystus niezwłocznie rozwiązał wszystkie nasze problemy, a kościół w doskonały sposób, całkowicie zaspokoił wszelkie nasze, często bardziej emocjonalne niż duchowe potrzeby, spełnił subiektywne oczekiwania i wyobrażenia na temat tego, czym jest, albo nie jest chrześcijańska wspólnota. I tak jak w naszych oczekiwaniach wobec Chrystusa potrafimy powściągnąć swoje marzycielstwo (wszak nie wypada czynić JEMU wyrzutów), tak wobec kościoła poczynamy sobie zupełnie swobodnie. Zapominamy przy tym, że nasz stosunek do Chrystusa i kościoła to dwie strony tego samego medalu. Począwszy od dnia Wniebowstąpienia kościół jest bowiem najbardziej namacalnym sposobem Jego obecności pośród ludzi, Jego Ciałem na ziemi. W pewnym sensie jest on „Chrystusem” w świecie.

Popadając w marzycielstwo, zamiast chrześcijańskiego braterstwa oczekujemy od kościoła przede wszystkim „dobrych relacji”, uważając przy tym za dobre to, co miłe, a nie to, co szczere i zbudowane na prawdzie. Zamiast „jednego Ducha” domagamy się „jednego ducha”, zamiast społeczności w Prawdzie pragniemy wspólnoty emocji. Tymczasem Bóg nie jest Bogiem emocji, lecz Bogiem prawdy.

Kto chce mieć więcej niż to, co Chrystus zbudował między nami, ten nie chce braterstwa chrześcijańskiego, lecz szuka jakichś nadzwyczajnych przeżyć wspólnotowych (…) Braterstwu chrześcijańskiemu zagraża niebezpieczeństwo, wewnętrzne zatrucie – mianowicie przez zamianę braterstwa chrześcijańskiego na życzeniowy obraz pobożnego towarzystwa, przez pomieszanie naturalnej tęsknoty pobożnego serca za wspólnotą z duchową rzeczywistością chrześcijańskiego braterstwa (…).

Dla chrześcijańskiego braterstwa ważne jest, aby od pierwszych początków było jasne, że: po pierwsze – chrześcijańskie braterstwo nie jest żadnym ideałem, lecz Bożą rzeczywistością; po drugie – chrześcijańskie braterstwo jest rzeczywistością duchową, a nie psychiczną

Chrześcijańskie braterstwo to nie jakiś ideał, który mielibyśmy realizować; to stworzona przez Boga w Chrystusie rzeczywistość, w której możemy uczestniczyć.

Marzycielstwo rzuca wyzwanie duchowej rzeczywistości kościoła. Widzi go i ocenia przez pryzmat marzycielskich oczekiwań. Z tego powodu nie potrafi dostrzec duchowej rzeczywistości Ciała chrystusowego tam gdzie, kościół jest słaby, niedojrzały i grzeszny, bądź też jawi się taki w oczach marzyciela. Marzyciel nie wierzy w chrześcijańskie braterstwo tam, gdzie go na określony przez samego siebie sposób nie doświadcza. Jeśli ludzie w kościele nie okazują mu życzliwości i zainteresowania w czasie i w sposób, jaki on uważa za właściwy, jeśli atmosfera w kościele nie zawsze jest tak radosna i braterska, a relacje między ludźmi tak zażyłe i głębokie, jak być jego zdaniem powinny, marzyciel gorszy się i odwraca od kościoła. Tymczasem: Nie doświadczenie braterstwa chrześcijańskiego wiąże nas razem, ale mocna wiara w braterstwo. (…) W wierze jesteśmy złączeni, a nie w doświadczeniu.

Wiara rozpoznaje w kościele Ciało Chrystusa pomimo jego niedojrzałości i niedoskonałości. Widzi duchową rzeczywistość tam, gdzie zewnętrzna powłoka jest raczej odpychająca. Tam gdzie brakuje dojrzałości, wzajemnej troski, serdeczności, dobrego słowa i świadectwa, wiara pozwala ich z cierpliwością i nadzieją oczekiwać. Człowiek wiary rozpoznaje bowiem, że kościół jest w pierwszej kolejności wspólnotą prawdy, a nie emocji. Jego zadaniem jest głosić Słowo i sprawować sakramenty, zachowując biblijną dyscyplinę. Zastosowanie do kościoła uniwersalnej zasady „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane” (Mt 6,33) oznacza, że na zwiastowaniu Słowa, a nie na międzyludzkich stosunkach, rozmaitych działaniach i aktywnościach powinien koncentrować się kościół. Dobra, serdeczna atmosfera, i zażyłe relacje, nie powinny być traktowane jako cel działania kościoła, ale jako oczekiwany owoc wytrwałej służby Słowa i sakramentów.

Wiarę i marzycielstwo rozpoznajemy po owocach. Marzyciel gardzi kościołem, który postrzega jako słaby, grzeszny, niepasujący do życzeniowego obrazu pobożnego towarzystwa. Odwraca się od niego i porzuca go dla wyobrażenia o kościele idealnym, rzekomo „prawdziwym”, a w rzeczywistości urojonym. Nie może bowiem być prawdziwym to, co nie istnieje. Marzyciel odwraca się od konkretnej wspólnoty, kierując ku niej żale i pretensje, a swoją „miłością” obdarza widmo zgromadzenia doskonałego. W ten sposób, zamiast budować kościół, niszczy go.

Kto kocha bardziej swoje marzenie o chrześcijańskiej wspólnocie niż sarną chrześcijańską wspólnotę, ten stanie się niszczycielem każdej chrześcijańskiej wspólnoty, choćby osobiście sądził; iż działa nie wiadomo jak szczerze, poważnie i pełen poświęcenia.

Marzycielstwo zabija chrześcijańskie braterstwo, ponieważ zamiast sługą, czyni człowieka fałszywym sędzią. Pozbawia go pragnienia i gotowości służenia braciom. Usprawiedliwia wszelkie zaniedbanie i brak zaangażowania. Marzyciel, będąc głęboko zawiedziony kościołem takim, jaki widzi, nie poczuwa się bowiem do żadnych wobec niego zobowiązań. Bywa, że marzyciel wędruje od jednej wspólnoty do drugiej, z upodobaniem wyszukując wady i niedomagania każdej z nich. Staje się w ten sposób wybrednym smakoszem i koneserem gotowym wszystkie aspekty kościelnego życia ocenić i skrytykować.

Bóg nienawidzi marzycielstwa, bo ono czyni pysznym i pretensjonalnym. Kto wymarzy sobie obraz jakiejś wspólnoty, ten żąda od Boga, od bliźniego i od siebie spełnienia owego marzenia. Taki człowiek wchodzi we wspólnotę chrześcijan jako żądający, wprowadza własne prawo i według niego sądzi braci i samego Boga.

Człowiek wiary ma wobec kościoła oczekiwania większe nawet niż marzyciel. Pragnie bowiem nie tylko „prawdziwie braterskiej” atmosfery i takich samych relacji. Oczekuje ponadto, że będą one trwałym owocem czegoś znacznie bardziej doniosłego: społeczności w Prawdzie. W przeciwieństwie do marzyciela człowiek wiary potrafi jednak odróżnić to, co jest niewidzialną istotą chrześcijańskiego braterstwa, od tego, co jest jego widzialnym owocem. Pragnie owocu, ale w odróżnieniu od marzyciela jest gotów na ten owoc ciężko pracować i długo czekać. Jest gotów na „siew we łzach” w nadziei radosnego żniwa (Ps 126).

Wiara jest czynna w miłości (Gal 5,6). Miłość objawia się w działaniu, a zatem wiara jest czynna w działaniu. Dostrzegając braki kościoła szuka sposobności, aby je usunąć, dostrzegając potrzeby próbuje je zaspokoić. Parafrazując Kennedy’ego człowiek wiary, w przeciwieństwie do marzyciela nie pyta, co kościół powinien zrobić dla niego, tylko co on może zrobić dla kościoła. Wiara rodzi wytrwałą służbę i cierpliwe oczekiwanie owocu. Wiara jest szczepionką przeciwko zniechęceniu, kieruje bowiem wzrok na to, co niewidzialne i pełne chwały (Hebr 11).

Choć wiarę i marzycielstwo dzieli przepaść, żaden prawdziwy chrześcijanin, pomimo, iż jest człowiekiem wiary, nie jest całkowicie wolny od marzycielstwa. Ono jest jak nowotwór, który rozrastając się „pożera” i wyniszcza zdrową tkankę. W każdym z nas zdrowa wiara i marzycielstwo toczą walkę, jak dwa wilki z piosenki „Lux Torpedy”: Wygrywa ten, którego karmisz.

Marzycielstwo karmi się cielesnymi wyobrażeniami i złudzeniami, a przede wszystkim rozczarowaniem, które przynoszą. Pielęgnując w sobie życzeniowy obraz pobożnego towarzystwa, pogrążamy się coraz bardziej w marzycielstwie, które czyni nas bezużytecznymi i bezowocnymi dla Chrystusa.

Wiara rodzi się ze słuchania Słowa (Rz 10,19) i karmi się Słowem. Patrząc na kościół przez okulary Słowa zobaczysz go takim jakim jest, pełnym chwały Miastem Boga, pomimo przejściowo niedoskonałej postaci. Zachowaj ten obraz w pamięci. Spojrzenie z właściwej perspektywy zaowocuje właściwą postawą, gotowością do służby i miłością do braci.

Każdy chrześcijanin przeżywa w swoim życiu niejedno rozczarowanie kościołem. Jest ono nieuchronnym wynikiem konfrontacji biblijnych standardów z rzeczywistością. Kościół nie dorasta do tego czym jest. Alfred Loisy pisał w sposób nie pozbawiony ironii: „Jezus zapowiadał królestwo Boże, a pojawił się kościół.” Jednak zdaniem C.S Lewisa to rozczarowanie ma służyć przejściu „od marzycielskich aspiracji do pracowitego działania.” Stanie się tak, jeśli w Twoim życiu wiara weźmie górę nad marzycielstwem.

(Fragmenty pisane kurysywą to cytaty z książki D. Bonhoeffera Życie wspólne, którą gorąco polecam)

 

Leave a Reply

(Spamcheck Enabled)